Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez Tyrsson Ulvhjerte » niedziela, 9 września 2012, 10:30

Witam wszystkich ponownie.

Ile czasu minęło odkąd się ostatnio odezwałem? Zresztą, tak naprawdę mnie to nie interesuje. Mam ponadto bardzo dobrą wymówkę. Pisałem książkę. Stworzyłem niemal dwustu pięćdziesięcio stronnicowe bydlątko w klimacie nordyckim. W sumie powieść historyczna z dużą domieszką fantastyki, przynajmniej jak na standardy ludzkiej wiedzy odnośnie.... pewnych rzeczy.

Przechodząc do sprawy. Chcę to teraz wydać. Czekam na odpowiedź Trytona w sprawie e-booka, a potem ktoś jeszcze powinien dać mi znać, czy wyda moje wypociny w formie kartkowej, która z pewnością będzie o wiele bardziej poczytna. Przede wszystkim zaś więcej na niej zarobię, bo wcale nie ukrywam, że napisałem powieść dla pieniędzy. Z powołania, natchnienie i dla pieniędzy. Cóż w tym dziwnego? Na podobnej zasadzie działały wyprawy wojenne i skaldowie dawnych dni.

Wpadło mi do tego kosmatego łba, że może ktos tutaj będzie w stanie zaoferować jakąs pomoc w całym tym przedsięwzięciu. Ostatecznie ofiarowuję Was wszystkim również pierwsze dwadziescia dwie strony. Taka mała próbka, ponieważ zależy mi na patronacie miedialnym Asatru Polska i Asatru.com.pl, a w tej sprawie powinni się wypowiedzieć powołani ludzie. I nie tylko. Niech każdy kto chce czyta.

Przedmowa

Roku tysięcznego dwudziestego, jeśli można wierzyć kalendarzom przybyłym ku nam z krain południa, razem z wiarą w słabego Chrysta, któren zdychał niczym banita, szpikulcami do krzyża przybity, snuję słowa poniższej sagi.

Ludzie zapominają już z wolna, iż ziemie te mają we władaniu disy i landvettir. Umysły wypierają dawną wiarę i starych, dobrych bogów. Jeno nieliczni dalej się opierają sługusom bożka z daleka. Nie nasz ten cherlak. Ta kraina należy się ino tym, co zasiadają w Asgardzie, lubo Wanaheimie. Winny tu rozbrzmiewać gromkie wołania do Wegtama, przed wznieceniem zawieruchy mieczy i włóczni. Okrzyki na cześć wspaniałego Thora, co chroni nas, ludzkie plemię, w Midgardzie osiadłe, przed straszliwą jotunnów zemstą i siłą. Brak ci już wielkich thingów, by im szlachetny Jednoręki przewodził w swej mądrości i władzy pokój zapewniając na tak drogiej mi Islandii, jako i w mej norweskiej macierzy. Kiej chorągiewki moi krajanie. Nie ma ci w nich dumy i odwagi, by bronić łaskawych krewnych z Asgardu. Nikt nie staje naprzeciw okrętom niosącym kapłanów krzyża, lubo królewskich dostojników. I uczynił to inny starowierca...

Wystarczy wszak jeno zasiąść przy ogniu nad morza brzegiem i wsłuchać się w szum fal. Trzask płonących gałązek. I wspomnieć dawne dzieje. To aż nadto, by odkryć prawdę. Taką samą jak w opowieści, której karty za chwilę odczytasz.
Bogi z Tobą zacny czytelniku

Od osoby spisującej słowa skalda.

Współpraca z Tyrsonnem była dla mnie czymś nowym, niecodziennym. Nie wiem zaprawdę jakim cudem można aż tak dobrze porozumieć się z kimś, kto nawet nie zadał sobie trudu poznania słowiańskiej mowy. Dzieje samego poety są na tyle ciekawe, iż postanowiłem je Wam przybliżyć na końcu niniejszego, nie będąc nazbyt pysznym, tomu.

Pisanie, a raczej spisywanie słów tego Skandynawa, miało w sobie coś niezwykłego, magicznego. Czuję się zaszczycony, gdyż wiem, że jestem jedyną osobą, która mogła cieszyć swoje uszy jego miarowym, głębokim głosem, delikatnymi wibracjami, wznoszeniem się i opadaniem w najważniejszych momentach. Życzę każdemu, kto go spotka, iżby skald miał dobry humor. Wtedy nie jest wykluczonym, iż jeśli mile połechtacie twórczość jegomościa, ten z niewymuszonym wdziękiem odczyta karty niniejszej sagi.

Co prawda jest już dawno po roku tysięcznym, lecz skald zdradził mi, że opowieść jaką snuje miała miejsce wiele wcześniej. W czasach, gdy jeszcze nie znano jego ojczyzny pod nazwą Norwegii, lecz jako nord vjeden, co oznacza „północny szlak”. Niesamowitym jest to jak długo na Islandii, gdyż tam pobierał nauki w swym rzemiośle, przetrwała pamięć minionych lat. Co prawda ocenienie wartości jego słów, sprawdzenia, czy nie przeinaczył faktów, może kogoś zaintrygować, lecz nie mnie.

Prawdą jest, iż stworzył historię pełną siły, dumy, godności. Tego wszystkiego co i ja ukochałem w starych wierzeniach. Mijają kolejne lata panowania Bolesława. Władca to dla pogan okrutny, niemniej nawet sobie sprawy nie zdaje jak wielu z nas wciąż trwa, wyczekując sposobnej okazji do zemsty.

Tako rzecze Ścibor, syn Mścisława.

„Tyś panie wilczymi kłami szarpał wroga,
Tyś panie szponami rwał nieprzyjaciela,
Tyś panie zatracał umysł człowieczy
Tyś panie stawał się wilkiem.

Jam ci rwał wroga kłami i szarpał szponami.
Jam ci panem na brzegu fiordu.
Jam ci wodzem jestem wielu.
Jam ci mężem szlachetnym.”

Fragment Ulvhjerte saga.

Wstał mglisty, rozświetlony przez wychylające się nieśmiało zza horyzontu słońce, przywodzące na myśl topioną w kowalskim piecu grudkę rozgrzanej rudy, poranek. Na wszystko padały niesamowite, czerwone promienie, znacząc krwawo pokryte świeżą rosą liście drzew i soczystą trawę, rozciągającą się na wszystkie strony. Magicznego charakteru chwili dopełniał jednostajny, niczym niezmącony szum morskich fal, leniwie rozbijających się o wyniosłe brzegi norweskich fiordów.

Na wybrzeżu nie było nikogo, kto mógłby dostrzec nadpływający okręt. Z początku niewielki, przywodzący na myśl łupinę orzecha z żaglem niebieskiej barwy, rozrastał się coraz bardziej w miarę pokonywania odległości. Z powodu mgły dopiero z odległości kilku mil morskich można było ocenić kim są przybysze i jakim statkiem płyną. Potężny knorr sprawiał wrażenie jakby nie stworzyły go ludzkie ręce. Idealne proporcje i doskonałej jakości drewno w połączeniu z budzącym grozę żaglem, wielkim płatem niebieskiego materiału z wyszytym białym wilczym łbem o czerwonych ślepiach i rzeźbiona na dziobie okrętu paszcza tego samego zwierzęcia tylko potwierdzały to, że na pokładzie znajduje się ktoś bardzo potężny. Już teraz widać było rzędy długich wioseł. I ludzi. Wielu ludzi, którym towarzyszyły groźne błyski stali, widoczne aż stąd. Gdyby ktokolwiek był świadkiem tych wydarzeń zapewne pomyślałby, iż sami bogowie wyruszyli z Asgardu na wojnę.

Tak się jednak nie stało. Potężny knorr zmierzał niezauważony w stronę wybrzeża. Brzegi Harsfjordu były puste. Ziemie Rogalandu nie były w żaden sposób przygotowane na właściwe przyjęcie nieproszonych gości. Dzikie, nieujarzmione tereny położone blisko morza były puste. Nie wiadomo zresztą dlaczego. Tutejsze ukształtowanie terenu było wręcz zaproszeniem do wybudowania silnego grodu, połączonego z przystanią. Wystarczyło postawić tutaj najprostszą palisadę i kilka wież, a to wtargnięcie na tereny Rogalandczyków zostałoby natychmiast wykryte i zapewne udaremnione.

Okręt powoli skręcił, w stronę miejsca naturalnie osłoniętego przed królestwem Aegira. To, że nie ma tutaj sprawnie zarządzanego, tętniącego życiem portu wydawało się niemożliwe. Miejsce to znajdowało się na trasie wiodącej z Hordalandu do Vestfoldu, Raumariki i innych norweskich ziem, nie wspominając już o drodze do posiadłości Danów. Przybysze zdawali się od razu dojrzeć przerwę w potężnej ścianie fiordu, wznoszącego się majestatycznie w górę. Sprawnie manewrując wpłynęli do niej i ich oczom ukazał się zapierający dech w piersiach widok. Łagodne stoki i przyzwoita głębokość wody pozwalały na wybudowanie niezgorszej przystani. Co więcej nie powinno być problemu z obroną tego miejsca. Wystarczyło ufortyfikować szczyty fiordu i zatroszczyć się o postawienie silnego grodu.

Już po chwili łódź rozorała ziemię, a kilku ludzi, zapewne wojowników, gdyż nosili u pasów groźnie wyglądające topory, o zaciętych twarzach, skrywanych częściowo bujnym zarostem i długimi włosami, wyskoczyło z niej i chwyciło rzucone przez załogę liny. Wszystkiemu przyglądała się średniowysoka postać, na widok której niejeden zbrojny odrzuciłby swoją włócznię i chwycił za łuk, lub, co bardziej prawdopodobne, wziąłby nogi za pas. Tym kimś był ulfhedinn. Jego twarz, ramiona i tors były wilcze. Pysk miał biały przy wargach, nosie i wokół oczu. Im dalej tym bardziej jego futro ciemniało. Przechodząc od odcieni szarości, rudego i brązu aż po lśniącą czerń brzucha i pleców. Wielkie łapy kończyły się straszliwymi szponami. Co najbardziej niesamowite stwór nosił prostą, czerwoną koszulę i niebieskie spodnie, obwiązane kolorową krajką. Na stopach miał buty z dobrze wyprawionej, miękkiej skóry. U pasa, właściwego bogatemu wodzowi ze względu na liczne zdobienia, wyobrażające wilcze głowy, wisiała zdobiona scenami przedstawiającymi ulfhednar pochwa. Wystawał z niej prosty, żelazny jelec w kształcie łba potężnego basiora, od którego odchodził w górę rzeźbiona w zawiłe wzory rogowa rękojeść, zwieńczona stalową kulą.

U boku tego odmieńca stała piękna i dumna niewiasta. Jej jasne oblicze okalała istna burza włosów koloru trzaskających wesoło płomieni, a zdobił niewymuszony uśmiech i błyszczące oczy. Pełne, właściwe dojrzałej kobiecie kształty jeszcze bardziej podkreślała noszona przez nią krótka kolczuga, osłaniająca pełne, wspaniałe piersi i brzuch. Nie było to całe opancerzenie jakie nosiła. Spod siatki żelaznych kółek wynurzała się sięgająca kolan i łokci przeszywanica, uszyta z kilku warstw brązowej wełny. Spod wszystkich osłon wydostawała się również, celem okrycia reszty ciała, prosta, jasnozielona suknia. Twardy, noszący ślady walk hełm okularowy spoczywał w lewej dłoni niewiasty. Prawa zacisnęła się na długiej, smukłej włóczni, zwieńczonej szerokim grotem. Również ona nosiła u pasa pochwę, jednak, w przeciwieństwie do ulfhedinna, nie była ona zdobiona. Także wystający z niej jelec i rękojeść były bardzo proste, żeby nie powiedzieć pospolite. Dodatkowo przypięty był do niego całkiem pokaźny pęk przeróżnych kluczy, co wskazywało na to, że była nie tylko wojowniczką, ale i dobrą gospodynią. Ostatnim, co wychwytywały z jej wyglądu oczy był noszony na szyi amulet w kształcie młota Thora, niechybnie wykonany ze srebra.

Oboje patrzyli na pochłoniętą pracą załogę, którą jak się okazało stanowili nie tylko uzbrojeni mężczyźni, chwytający swoje tarcza, których, o dziwo, nie zawiesili na burtach okrętu. Stało się tak ponieważ wierzyli, że mogą w ten sposób ściągnąć na siebie zbytnią uwagę nieprzyjaznych im duchów. Jednak nie ściągnęli z dziobu okrętu wilczego łba, ponieważ pragnęli przepłoszyć wszelkie istoty z tych ziem, by móc je zagarnąć dla siebie. Przybyli tutaj bowiem nie dla grabieży, a w poszukiwaniu nowych terenów. Dobitnie potwierdzał to widok kobiet i dzieci, wychodzących niespiesznie na ląd. Dobytek rodzin, które tu przypłynęły spoczywał w różnej wielkości skrzyniach, teraz wydobywanych na plażę. Pierwsza odezwała się ona.

– I co sądzisz o tym wszystkim mój drogi mężu? – rzuciła niby od niechcenia do stojącego obok hamramur.
– Wydaje mi się, że miejsce jest idealne. Ciekawi mnie natomiast dlaczego nikt jeszcze się tutaj nie osiedlił. – odparł. Co dziwne mówił ludzkim głosem i to bez zająknięcia. Jedynie czasem sprawiał wrażenie, jakby bliższe było mu warczenie.
– Cóż, oszczędziło nam to bardzo dużo roboty. – stwierdziła gładząc delikatnie rękojeść miecza. – I tak czeka nas wiele pracy.

Miała oczywiście rację. Nawet jeśli w tym konkretnym miejscu nie było śladu pobytu kogokolwiek, kto mógłby poważnie zagrozić ich planom nie można było wykluczyć tego, że za jakiś czas odezwą się do nich sąsiedzi z bliższej okolicy. I należało zakładać możliwość zbrojnej konfrontacji. Nie bał się jej. Wręcz przeciwnie. Przed przypłynięciem tutaj zgromadził wiele informacji o wojownikach z Rogalandu i ich sposobie walki. Był pewien, że jeśli stanie do walki nawet z dwukrotnie liczniejszym przeciwnikiem to przewaga zaskoczenia i znajomości wroga powinna wystarczyć do zapewnienia sobie zwycięstwa. Poza tym sam był sprawnym i znającym krwawe rzemiosło mężczyzną. Także towarzyszący mu ludzie nie byli zwykłymi bondir, a znajdował się wśród nich także skromny, aczkolwiek dobrze wyszkolony i wyposażony hird jego małżonki.

Należało jednak dołożyć wszelkich starań, by walka rozegrała się na jak najbardziej przyjaznym im gruncie. Z tego też powodu pragnął, by w pierwszej kolejności wybudować choćby i najprostszą możliwą palisadę, a dopiero potem wziąć się za stawianie domów, zagród, przystani. Wiedział, że może to znacząco pomóc im w utrzymaniu świeżo zdobytych ziem. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt wpadnięcia ich tak łatwo w ręce najeźdźców. Patrzył swoimi niebieskimi oczami na to jak powoli plażę wypełniają ogniska, skrzynie, beczki i ludzie. Dzieci biegały radośnie i swobodnie, ciesząc się zejściem na ląd. Mężczyźni przygotowywali proste szałasy, bądź stawiali namioty, podczas gdy ich żony i córki przygotowywały pierwszy od dawna ciepły posiłek. Dym zaczął leniwie wypełniać powietrze, by po chwili zacząć ustępować woni gotowanego, bądź pieczonego mięsiwa i warzyw.

Wszyscy potrzebowali zająć się tymi prostymi czynnościami. Na okręcie nie można było gotować, ponieważ nie został do tego przystosowany, toteż żywili się przede wszystkim wędzonymi rybami. Solidna porcja parującego gulaszu, czy pieczeni na pewno ludziom nie zaszkodzi. Również ulfhedinn miał już dosyć takiej diety, zwłaszcza, że do niej nie nawykł. Jego rudowłosa małżonka co prawda na to nie narzekała, ale zbyt dobrze ją znał, by nie wiedzieć, że tak zacnej gospodyni brakowało kuchni, w której zresztą nie miała sobie równych. Wystarczyło przywołać wspomnienie tego, jak wspaniale gotuje, by usta momentalnie wypełniła ślina, a z brzucha dobiegło błagalne burczenie.

– Spokojnie wilczku. – zaśmiała się wojowniczka słysząc ten dźwięk. – Jak tylko zejdziemy z tej łodzi przygotuję coś pysznego do zjedzenia.
– W takim razie zabierzmy się za to jak najszybciej, albowiem głodnym bardzo. – odrzekł jej spokojnie. Sprawiał nawet wrażenie jakby cieszył się ze śmiechu żony.

Zeszli z pokładu dopiero, gdy mieli pewność, że załoga zabrała wszystkie swoje rzeczy. Ich dobytek stanowiły cztery masywne skrzynie, wykonane z mocnego, dębowego drewna. Solidne kłódy pokrywały zawiłe wzory i runiczne napisy, mające zapewne chronić pojemniki przed obrabowaniem. Znieśli je bardzo ostrożnie i niespiesznie, jakby znajdowały się w nich rzeczy bardzo delikatne. Na plaży ustawili je w kwadratowy okrąg i rozpalili w środku ogień. Płomienie łapczywie pożerały przywiezione na okręcie gałązki, które zabezpieczone przed morską wodą, były suche i trzaskały niczym łamane kości za każdym razem, gdy dotykały je niemiłosierne żółte języki. Zanim zdążyli otworzyć skrzynie i wydobyć z nich cokolwiek pojawiły się przy nich dwie postaci. Rozpoznali je natychmiast. Gunnar i Thorolf, wojownicy z hirdu. Obaj nosili lekkie przeszywanice, ich pasy obciążały groźne topory, a na plecach spoczywały masywne tarcze. Nie byli identyczni. Pierwszy miał kilka strasznych blizn, świadczących o przeżytych bojach, podczas gdy drugi był zdecydowanie młodszy od swego towarzysza.

– Cóż mamy począć jak już się ludzie najedzą i odsapną? – zapytał ich Gunnar gestykulując leniwie .
– Trzeba zoczyć gdzie tu najbliższy las. - odrzekła rudowłosa. – Wolą mego małżonka i moją jest by pierwsza powstała palisada. Potem zaczniemy budować resztę.
– Roztropniście pani. Panie. – dodał Thorolf po chwili wahania. Wojownik miał pewne problemy z akceptacją ulfhedinna, jednak nie mógł wystąpić przeciwko niemu, ponieważ był mężem jego najemczyni. - Rozpoczniemy pracę najszybciej jak to będzie możliwe. Pogonię kilku ludzi, by zgromadzili narzędzia.
– Nie musisz się spieszyć. – wtrącił hamramur. – Jest wcześnie. Niech spokojnie zjedzą.
– Tak, oczywiście. – zapewnił go odchodząc.

Wcale nie wydało mu się to dziwne. Obecna drużyna, pozostająca na utrzymaniu zarówno jego, jak i żony, choć formalnie to właśnie ona była osobą, która wszystkich huskarli opłacała, składała się w znacznej mierze z najemników. Miało to oczywiście swoje wady i zalety. Przede wszystkim stanowili oni oddział znających się na robieniu toporem, czy włócznią mężczyzn. Co więcej dopóki otrzymywali odpowiednią gratyfikację w zamian za swoje usługi można było liczyć na ich wierność i oddanie. Jednak gdyby ktoś zaoferował im więcej mogliby nagle okazać się wyjątkowo groźnym przeciwnikiem, mogącym wbić im dosłownie nóż w plecy. Dlatego też ulfhedinn nie ukrywał swojej niechęci względem co bardziej buńczucznych zbrojnych. O wiele większą estymą darzył bondir. Uczciwi, pracowici ludzie, znający wartość wytrwałości i mający istotną przewagę nad najemnikami. Jeśli już miałoby dojść do zbrojnej rozprawy z kimkolwiek walczyliby do ostatniej kropli krwi w obronie żon i dzieci. Jego połowica myślała co prawda bardzo podobnie, ale zdawała sobie również sprawę z tego, że mogą potrzebować więcej znających się na krwawym rzemiośle mężów. Jak w wielu innych sytuacjach, tak i w tej, potrafiła nakłonić męża do przychylnego spojrzenia na swój pomysł.

Gdy tylko odeszli kobieta zajęła się gotowaniem. Czyniła to jednak w tak niesamowicie naturalny, a zarazem niezwykły sposób, że nawet z pozoru całkowicie normalne siekanie warzyw nabierało magicznego wymiaru. Hamramur usiadł na wyciągniętym z jednej skrzyni białym płaszczu, obszytym prostą krajką, na którą składały się przeplatające pasy niebieskiej i czerwonej wełny. Przy szyi obito go futrem lisów, zarówno dla ciepła, jak i ozdoby. Z niemalejącą fascynacją patrzył jak jego ukochana wrzuca coraz to nowsze składniki do solidnego, stalowego garnka i zmienia je w potrawę, której smak zapewne będzie pamiętał jeszcze przez kilka następnych dni. Uwielbiał patrzeć jak to robi. Była wtedy tak radosna i szczęśliwa. Tym bardziej, że jej wybranek potrafił docenić dobrą kuchnię i zawsze był bardzo wdzięczny, choćby za najprostszą pieczeń, czy ugotowaną fasolę.

Jego czuły nos go nie mylił. W tym stalowym tworze, zawieszonym nad trzaskającym ogniem, powstawało coś pysznego. Subtelna, wręcz drażniąca swą wyrazistością, woń suszonej dziczyzny mieszała się z aromatem przeróżnych ziół, mających na celu dodatkowe urozmaicenia walorów smakowych posiłku. Mieszając drewnianą łyżką, by nic się nie zważyło, niewiasta spoglądała na śledzącego każdy ruch nadgarstka, nawet najmniejsze jego drgnienie, męża. Nagle nawiedziło ją wspomnienie z czasów, gdy się dopiero poznawali. Przychodził wtedy do rozpalanego przez nią ognia i zwijał się w kłębek, opierając głowę na łonie, bądź udach kobiety. Zawsze dziwiło ją to jak szybko i silnie hamramur się przywiązał. Z początku miała wrażenie, że jest wyjątkowo wielkim, potężnym basiorem, ścigającym swoją ofiarę. Gdy tylko jednak postanowiła stanąć mu naprzeciw ten zamiast atakować znosił do stóp rudowłosej upolowaną zwierzynę, a z czasem zaczął nawet przyjaźnie się o nią ocierać. Stwierdziła wtedy, nawet bez zaskoczenia, co było dla niej zdumiewające, że ta istota na swój specyficzny sposób jest pociągająca. Pozwoliła więc porwać się uczuciom i już nie raz mówiła, iż ta decyzja okazała się ze wszech miar słuszna.

Natrafiła wreszcie na niesamowite oczy swego oblubieńca. Tańczyły w nich radosne, ciekawskie iskierki. Nie mogła oprzeć się wrażeniu połyskującego w nich figlarnego błysku, jakby pragnął w ten sposób zasugerować potrzebę nie tylko spałaszowania smacznej, ciepłej strawy, ale również zaspokojenia innych fizycznych potrzeb ich ciał. Czasem aż zaskakiwał swoją jurnością i wytrwałością w dostarczaniu jej powodów do wzywania bogów, czy najzwyklejszego rozdzierania wszystkiego wokół krzykami i jękami rozkoszy. To ile czci i szacunku potrafił okazać ukochanej jednym tylko dotykiem towarzyszyło nawet tym brutalniejszym zbliżeniom, kiedy dawali się ponosić wzajemnemu pożądaniu. Uśmiechnęła się tylko i z zadowoleniem uznała to za dobry znak.

W miarę gotowania oczekiwanie na ciepłą strawę stawało się coraz bardziej męczące, jednak już dawno ulfhedinn nie omieszkał utwierdzić żonę w tym jak niezwykłe i cudowne było dla niego to, że ktoś przygotowując jedzenie myślał specjalnie o nim, żeby smakowało. W watasze nikt się tym nie przejmował. Najważniejszy był sam fakt posiadania pożywienia i pozwolenie sobie na sentymenty nie wchodziło w rachubę. Teraz było inaczej. Posiłki pachniały tak, że dostawał ślinotoku jeszcze zanim mógł zatopić w nich swoje kły. Poznawał nieznane sobie sery, chleby, suszone owoce i wiele innych rzeczy, o których istnieniu mógłby przecież do tej pory nie mieć pojęcia. Trafił jednak na wyjątkowo piękną i mądrą waderę i wiedział o tym. Nawet jeśli ona sama z początku nie potrafiła w pełni cieszyć się z wilczego miana.

Gdy wstające słońce na dobre przegoniło podstępną, zdradziecką mgłę, mogącą skryć wiele przed ludzkim wzrokiem, pod białą pierzyną, zajmująca się gotowaniem strawy kobieta chwyciła dużą, rzeźbioną drewnianą miskę i napełniła ją przygotowaną potrawką, po czym to samo zrobiła z drugą i ułamała zarówno sobie, jak i mężowi, potężne kawałki chleba. Jeśli rzec uczciwie to po prostu podzieliła bochenek na dwie, mniej więcej równe części. W przeciwieństwie do swego wilczego towarzysza do jedzenia używała łyżki i noża, celem odseparowania co smakowitszych kąsków mięsa. On natomiast najwidoczniej uznał sztuciec za zbytek i pochłaniał wszystko nie okazując najmniejszego skrępowania względem swego braku ogłady.

Nawet ją to bawiło. Lubiła patrzeć jak je. Tak samo jak to, że potrafił się do niej łasić i przymilać niczym malutki szczeniaczek, pragnący tylko podrapania po główce i niczego więcej. Często przytulał się do jej piersi i tak sobie odpoczywał, leżąc na niej z zamkniętymi oczkami i czymś na kształt uśmiechu. Nie mogła też nie dosłyszeć jego radosnych pomrukiwań. Korzystała z takich chwil, by pielęgnować jego wspaniałe futro. Uważała, że zasługuje ono na opiekę i troskę nie mniejszą niż jego właściciel. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, że lubiła je czuć na swej skórze. Nie spodziewała się, zanim doszło do pierwszej takiej sytuacji, że będzie ono tak miłe i ciepłe.
Wokół nich panował gwar rozmów. Ze strzępków rozmów, jakie docierały do ich uszu mogli wywnioskować, że najciekawszym tematem rozmów było nowe miejsce i to jak można je zagospodarować. Rolnicy narzekali na to, że pola będzie trzeba najpewniej wydrzeć lasom, podczas gdy znający się na rybołówstwie mężczyźni zdawali się z niepokojem wyczekiwać pierwszych połowów. Jedynie najemny hird pozostawał opanowany i dziwnie zimny, milczący, wśród ogólnej wrzawy. Nie umknęło to uwadze ulfhedinna. Jego zaufanie do nich było szczątkowe i gdyby nie wola i trafna argumentacja żony najpewniej nie wydałby na nich ani jednej srebrnej monety. O walce u ich boku nie wspominając.

Korzystając z panującego harmidru hamramur ponownie wszedł na zabezpieczony przed zdradliwym działaniem fal okręt. Wiosła spoczywały ułożone starannie tuż przy burtach, poza nimi na wyposażeniu pozostało kilka pokaźnych sieci, jakieś skrzynie z zapasami i przede wszystkim niewielki namiot, w tylnej części łodzi, gdzie trzymał kufer ze swymi rzeczami.

Zanurzył się w mroku i po dość długiej chwili wyszedł całkowicie odmieniony. Wilcze futro zniknęło, podobnie jak pysk i potężne, pazurzaste łapy. Noszona przez niego koszula opinała teraz dumny tors i zgrabny brzuszek zarośniętego mężczyzny w sile wieku. Uważny obserwator bez trudu dostrzegłby to, że jego włosy ukazywały tę samą tendencję kolorystyczną co dopiero zrzucone przezeń zwierzęce oblicze. Nie miał na sobie co prawda pancerza, ale coś w jego postawie mówiło, że nie są mu potrzebne. Dumny, choć wcale nie wyprostowany. Raczej lekko przygarbiony, jakby nawykł do chodzenia zgiętym, lub na czworakach. U pasa zwisał ten sam bogaty oręż co wcześniej, w prawą dłoń chwycił straszliwą włócznię. Broń była znacznie wyższa od niego i zakończona mogącym z łatwością przebijać nawet kolczugi grotem w kształcie kła. Na plecach wojownika spoczywała tarcza. Okrągła tarcza z solidnych deseczek, obita solidnym lnianym płótnem, pomalowanym tak, by przedstawiać to samo, co potworny żagiel.
Gdy tylko ludzie dostrzegli jego przemianę zgromadzili się przy knorrze, porzucając swe dotychczasowe zajęcia, by posłuchać przemowy hersera, który ich tu ściągnął obietnicą lepszego, dostatniego życia.

– Bogowie byli nam przychylni! – rzucił unosząc uzbrojoną rękę ku niebiosom.
Przez dłuższą chwilę spoglądał na zebranych wokoło. Widział doskonale kim są. To nie byli żądni łupów najeźdźcy. Ci bondir pragnęli jedynie skrawka ziemi i własnej łódki rybackiej, by móc wyżywić rodzinę. Najemnicy woleli w tym czasie wygrzewać się przy ogniu, co nie umknęło jego uwadze.
– Tyrze! Ziso! Thorze! Dziękujemy wam za bezpieczną podróż, u końca której odkryliśmy ziemię, które czekają na takich jak my. Gotowych, by ją pojąć i użytkować. Chwała wam bogowie! – dodał z mocą, o jaką trudno było go podejrzewać.
Zebrani powtórzyli jego zew tak głośno i z takim przekonaniem, że niósł się on zapewne bardzo daleko, oznajmiając ich szacunek i wdzięczność dla asgardzkich patronów.
– Teraz czeka nas praca. Nie możemy mieszkać tutaj wystawieni na każdy podmuch wiatru. Na byle zbrojną bandę przemierzającą lasy w poszukiwaniu łatwego łupu. – klarował wszystkim, lekko kucając, jakby chciał zeskoczyć z pokładu. – Pierwsza powstanie palisada, za którą będziemy mogli jak najlepiej chronić domostwa i rodziny. Przy okazji stworzymy dobry grunt pod pola.

Odczekał chwilę i jednym susem znalazł się wśród nich. Nie otaczali go taką samą nieufnością jak najemni wojowie. Wręcz przeciwnie. Dla bondir był uosobieniem szlachetności i wysłannikiem bogów. Przeczył legendom, jakie krążyły o jego rasie. Nie był krwiożerczą bestią, czy nękającym podróżnych wyrzutkiem. Ten ulfhedinn miał żonę. Piękną niewiastę, o którą dbał jak niewielu innych mężów o swe kobiety. Pomagał w polu, choć nie znał się na tym i często trzeba było wybaczać mu jakieś pomyłki. Nigdy nie zaatakowały ich wilki, najwyraźniej będące pod władzą tego osobnika. Zdarzało się nawet, że gdy doskwierał im głód wyruszał ze swymi siostrami i braćmi na łowy, po czym przynosił społeczności zabite zwierzę. Opiekował się nimi, niczym basior swą watahą.

– Przygotujcie narzędzia. Im szybciej zaczniemy się tutaj urządzać, tym prędzej zaczniemy to miejsce nazywać naszym domem. – mówił chodząc przed nimi z wykwitającym na twarzy uśmiechem. – Jest tutaj wszystko, czego potrzeba by wieść dostatnie i szczęśliwe życie.

Tłum się rozszedł. Wszyscy chwytali za młotki, topory i wiele innych sprzętów przydatnych podczas wyrębu. Krzątanina napawała zarówno ulfhedinna, jak i jego żonę nadzieją i radością. Sami chwycili za potężne dwuręczne topory o szerokich ostrzach, zdolnych jednym celnym ciosem rozłupać na dwoje ludzką czaszkę. Nie byli rzemieślnikami, ale mogli przynajmniej wykorzystać swe mięśnie. Jeszcze zanim inni skończyli się przygotowywać oni ruszyli już w stronę rosnących ponad tą naturalną przystanią drzew. Gdy tylko tam dotarli okazało się, że jest to potężna puszcza, składająca się przede wszystkim z iglaków. Między drzewami majaczyły cienie. Wszystko to wyglądało dość złowrogo, by przepłoszyć niejednego człowieka. W dodatku unosiła się tutaj niewytłumaczalna aura zagrożenia. Nie mogli jednak oprzeć się wrażeniu, że ustępowała ona w głąb kniei z każdym postawionym przez nich krokiem.

Ich spojrzenia spotkały się. Wyczytali z nich te same informacje. Oboje to wyczuwali. Być może miejsce to miały we władaniu złe duchy i dlatego nikt się tutaj do tej pory nie osiedlił. Tłumaczyłoby to fakt nieskorzystania z tak dogodnych warunków naturalnych. Nie każdy potrafił ułożyć się z takimi istotami i płacił za to bardzo wysoką cenę. Jednak oni umieli tego dokonać. Wpłynięcie tutaj jak na wojnę, w pełnym uzbrojeniu i z założonym na dziobie wilczym łbem było pierwszym krokiem do wygnania ich. Wzruszyli ramionami i zaczęli rytmicznie uderzać toporami w rosłe pnie dumnych drzew.

Powstanie z nich nie byle jaka palisada. Grube niczym dorosły mężczyzna, świadczyły jedynie o wiekowości tej puszczy. Wszak jeśli najmłodsze drzewa miały takie rozmiary to w jej sercu kryły się zapewne wspaniałe, dumne pomniki potęgi i chwały sił natury. Teraz zabierali to, co było im potrzebne. Nie zamierzali jednak rabować, bądź gwałcić tego miejsca swymi czynami. Po skończonej pracy podziękują i zapłacą za zyskany surowiec. Gdyby ludzie zebrali się w tym samym czasie, a nie przychodząc jeden po drugim, poprosiliby Thora o siłę, a Nerthus przeprosili za to, że wyrywają z ziemi rosnące w niej drzewa. Teraz każdy robił to w duchu, poświęcając bóstwom każde uderzenie topora, bądź serca.

Jeszcze zanim nastało południe udało się im powalić co najmniej trzy tuziny roślin. Teraz postanowili odpocząć. Zebrali się wszyscy w kręgu. Ulfhedinn i jego żona stanęli w środku. Rudowłosa trzymała pokaźnych rozmiarów róg, wypełniony przednim miodem. U jej pasa zwisał przywiązana rzemieniem gliniana flasza, w której znajdowało się więcej trunku. Otaczało ich bowiem dwudziestu mężczyzn i tyleż samo kobiet. Dzieci biegały po plaży, którą opiekowali się najemni żołdacy. Uznali, że nie płaci się im za wyręb lasu, a za ochronę i walkę. Nie było na razie sensu się za nich brać. Dopóki faktycznie potrzebowali protekcji podczas karczunku zarówno on, jak i żona nie zamierzali ich rozsierdzać. Potem jednak planowali postawić im pewne warunki, a jeśli się na nie zgodzą to wygnać.

– Thorze! Proszę byś przybył do nas w swym zaprzężonym w kozły rydwanie i uświęcił to miejsce swym cudownym młotem Mjollnirem! Niech żadne złe moce nie przeszkadzają nam w tym zebraniu! – zagrzmiał hamramur wznosząc ręce ku niebiosom. – Tyrze! Ojcze! Również ty chroń nas przed wrogami! Niech twa dumna tarcza zatrzyma każdy cios, a wspaniały langsaks pije krew wrogów bez skrępowania!

Gdy wypowiedział te słowa opuścił dłonie i wyciągnął oręż z pochwy u pasa. Piękne ostrze błysnęło radośnie w świetle dnia. Ciepłe uśmiechy Sol skrzyły klingę, na której widać było runy, złotymi refleksami. Broń przywodziła na myśl wilczy kieł. Jednosieczna, zwężająca się ku sztychowi. Jego żona dobyła natomiast bogato zdobionego zawiłymi wzorami i symbolami młota. Całość wykuto z metalu. Żłobienia na rękojeści i głowni myliły oczy. Zdawało się wręcz, że przedmiot żyje własnym życiem. Za pomocą tych symboli naznaczyli krąg, prosząc wezwanych bogów raz jeszcze o ochronę miejsca zebrania. Gdy to uczynili ulfhedinn ponownie wzniósł w górę ręce.

– Dziękujemy Młotodzierżco, za siły i chęć do pracy. Zaś ciebie czcigodna Nerthus przepraszamy za krzywdę, jaką musieliśmy sprawić wyrywając drzewa z twego wnętrza. Wybacz nam proszę i nie miej tego za atak, czy gwałt. – dodał, biorąc od żony naczynie z napojem.
– Chwała bogom! – ryknął zakreślając nad nim symbol młota i oszczepu, po czym napił się i podał go żonie.
Uczyniła to samo co on, podając naczynie dalej, ludziom z kręgu. Powtarzali tę formułę, aż w końcu róg powrócił do rąk ulfhedinna. Ten ujął go z czcią i stał chwilę w milczeniu, jakby zamyślony.
– Bogom na chwałę, ludziom na pomyślność. – rzekł w końcu i wylał resztki miodu na ziemię, kończąc tym samym rytuał.

Rozeszli się i wrócili do pracy. Ponownie rozmowy i śmiechy ustąpiły miejsca odgłosom rąbania. Nie zagłuszyły ich jednak całkowicie. Ludziom dobrze robiło to, że mieli zajęcie. W ten sposób byli coraz bliżej stworzenia chat wypełnionych domowymi zapachami i ciepłem. Wszyscy o tym marzyli. Właśnie to ich tutaj zagnało. Nawet hamramur podzielał to pragnienie. On także był gotów założyć rodzinę i cieszyć się z niej. Wiedział jednak, że chce dać swym potomkom coś więcej niż wilczą skórę. Bardzo sobie cenił to kim jest i nie wyrzekłby się tego za nic na świecie, ale chciał dać własnym dzieciom jak najlepsze życie. Jego rudowłosa żona podzielała ten pogląd i choć była jak najbardziej gotowa, by wydać na świat synów i córki wstrzymywali się z tym oboje. I choć o tym nie wiedzieli wśród ludzi krążyły plotki, jakoby któreś z nich było bezpłodne. Inni twierdzili natomiast, że ulfhednar nie mogą mieć dzieci z ludzkimi kobietami.

Zmierzch zastał ich wszystkich w połowie pracy. Już od dłuższego czasu wiedzieli, że się zbliża. Zwiastowały to zarówno bardzo jasne sygnały, takie jak wydłużające się cienie, czy pojawiająca się z wolna na ostrzach toporów i innych metalowych narzędzi czerwonawa poświata, ale również te wymagające od obserwatorów znacznie większej uwagi. Te wyczuwał hamramur. Były to odgłosy natury. Ptaki przestawały nucić swe trele, bądź zmieniały ich charakter. Czuły słuch wyłapywał to, że niektóre zwierzęta przemykały niedaleko, zapewne do swych nor. Zniknęły całkowicie krążące nad nimi od jakiegoś czasu drapieżne ptaki. Świat kładł się do snu. Ci, którzy dopiero rozpoczynali jakąś pracę postanowili odłożyć ją na jutro i pomóc pobratymcom znajdującym się w połowie ścinania jakiegoś pnia, bądź tym ociosującym je celem ich dalszej, bardziej specjalistycznej obróbki.

Odgłosy rąbania ucichły. Ludzie zaczęli schodzić się na plaży, w pobliżu okrętu. W ciągu dnia postawiono tutaj kilka prostych budowli z konarów i ściółki, mających przez czas budowy stanowić domy osadników. Ulfhedinn powoli stawiał namiot, w którym miał spać wraz z żoną. Nie szło mu to najlepiej, przede wszystkim ze względu na późną porę, ale dzięki pomocy kilku bondir udało mu się tego wreszcie dokonać i to z całkiem dobrym skutkiem. Proste, lniane płótno przekształciło się w stożkowaty namiot. Rozpalone wszędzie ogniska nadawały mu niesamowitą, krwawą barwę. Co więcej blask płomieni tworzył ruchome obrazy na tkaninie. Można było odnieść wrażenie, że przewijały się na nich postaci z mitów i legend. Dumni bogowie, straszliwe bestie, jotunny, alfy.

Jego żona zajęła się w tym czasie przygotowywaniem kolacji. Szybki rzut oka na stan zapasów uświadomił jej, że konieczne będzie polowanie. I to nie byle jakie. Jeśli myśleli o przetrwaniu do czasu powstania osady musieli przede wszystkim zadbać o zaopatrzenie w żywność. Obiecała sobie, że zwróci na to uwagę męża podczas wspólnego posiłku. Wyciągnęła ze skrzyni trochę jedzenia. Chleb, pół gomułki żółtego sera, suszone mięso, glinianą flaszę z miodem. Bez trudu odnalazła również ich osobiste rogi do picia. Chwyciła prosty, jedynie lekko oszlifowany pojemnik męża, przyozdobiony tylko czterema czarnymi liniami i wyrytym runami imieniem posiadacza. Jej było o wiele bardziej ozdobne. Z miedzianymi okuciami, ozdobionymi prostymi wzorami i nie tak matowy jak złapany wcześniej.
Zaczęła szykować posiłek, patrząc jak razem z kilkoma osadnikami hamramur stawia namiot, zdjęty uprzednio z okrętu, chyba przez najemników, nie miała pewności, mający teraz stać się ich domem. Przynajmniej nie będą spać na gołej ziemi i pod gwiazdami. Nie miała oczywiście nic przeciwko takiemu rozwiązaniu, ale w chwili, gdy można wystarczyło rozbić namiot, by nie musieć tego robić zapewne rozdrażniłoby ją, gdyby o tym zapomniano, bądź zlekceważono. Wiedziała, że ulfheddin wcale nie przejmowałby się takimi sprawami, ale bardzo cieszyła świadomość tego, iż robi to dla niej. Postanowiła więc odwdzięczyć się jak najlepszą kolacją. Sięgnęła po wiszący u pasa nożyk i zgrabnymi, zdecydowanymi ruchami rozcinała chrupki bochenek na kawałki. To samo uczyniła z serem i mięsem. Cały czas się przy tym uśmiechała, ciesząc tym, co ma.

Gdy tylko dostrzegła, że mąż do niej podchodzi podała mu jedzenie na szlifowanym, drewnianym talerzu, pokrytym zdobieniami. Wziął go z wdzięcznością i usiadł naprzeciwko niej. Dostrzegł, że się uśmiecha, wkładając do pięknych ust kawałek sera. Odwzajemnił się radosnymi iskierkami w oczach i pozwolił sobie zainteresować się tym, co otrzymał. Chwycił największą porcję suszonego mięsa i zaczął bez pośpiechu żuć. Odchylił głowę do tyłu i spojrzał w niebo. Nott już na dobre zastąpiła Daga na nieboskłonie. Jej mroczną suknię upstrzyły niezliczone ilości iskier z Muspellu. Gdzieś w puszczy huczała sowa.

– To piękne miejsce. – odezwał się pomiędzy dwoma kęsami. – Będzie nam się tutaj dobrze żyć.
– Też tak myślę mój ukochany. – odparła. – Znaleźliśmy dom, którego szukaliśmy.
Powtórzył to słowo w myślach. Tak, miała rację. Trwało to długo i momentami opadała go obawa, czy aby Norny nie spisały im zupełnie innego losu. Pozbawionego rodzinnego ciepła i paleniska, nad którym jego żona przygotowywałaby posiłki dla niego i dzieci. Najwyraźniej dostrzegła to w jego twarzy.
– Chętnie dam ci potomstwo drogi mężu. – rzekła kładąc dłoń na brzuchu. – Jestem na to gotowa. Trzeba mi tylko wiedzieć, że będą mieć dach nad głową i co jeść.
– Właśnie to pragnę im tutaj zapewnić. Morze i pola wykarmią wszystkich, lasy zapewnią materiał na domy. Musimy jedynie zapracować na szczęście. – rzekł przyglądając się jej.
– Właśnie. Żywność. – powiedziała, jakby przypomniała sobie coś, o czym o mały włos by zapomniała. – Trzeba jutro ruszyć na łowy. Zapasy nie wystarczą na długo. Kilka dni, może tydzień, jeśli będziemy racjonować jedzenie. Nie dłużej.
– Więc wyruszę z samego rana. Przy okazji zbadam okoliczne tereny. Przyda się taka wiedza. – stwierdził przeżuwając kolejny kęs.
– Tylko uważaj na siebie. Nie chcę cię stracić. – rzekła spoglądając na niego swymi pięknymi oczami.
– Nie martw się. Będę ostrożny. – uspokajał, żeby to podkreślić usiadł obok i objął ją ramieniem.

Była tak przyjemnie ciepła, miękka. Pachniała potem, ale nie tylko nim. Wyczuwał coś jeszcze, delikatnego, kuszącego. Pogłaskał ją czule po głowie, błądząc dłonią we wspaniałych, rudych włosach ukochanej. W rzucanym przez trzaskające wesoło płomienie blasku same zdawały się być językami ognia. Kochał tę kobietę i nie chciał, by się martwiła. Pragnął zapewnić tej niewieście jak najlepszą przyszłość. Taką, w której nie będzie zimna, ani głodu. Znał je zbyt dobrze. Wiedział czym są i doskonale rozumiał, dlaczego tak bardzo wzbraniała się przed wydaniem mu na świat potomstwa. Miał tylko nadzieję, że wszystko się uda.
– Jedz. Potrzebujesz sił na polowanie. – zauważyła.
– Masz rację. Chciałem tylko cię przytulić. – wyjaśnił się i chwycił naczynie z resztą posiłku.

Zadrżała lekko, gdy się od niej oddalił, by to uczynić. Uwielbiała być w niego wtulona. Niezależnie od formy, jaką przybierał. Jako człowiek był równie przyjemny w dotyku co wilk. Długie włosy mężczyzny opadały na jej skórę i pieściły delikatnie, zmysłowo. Chociaż był wojownikiem, łowcą nawykłym do wielogodzinnych polowań i zmagań z trudami życia, nie był żylastym mięśniakiem. Mogła wygodnie ułożyć głowę na brzuchu męża, wtulić się i nie martwić niczym. Czuła się wtedy kochana, bezpieczna. Nikt nie mógł wtedy skrzywdzić. Podeszła do niego i oparła mu głowę na ramieniu. Pogłaskał ją i nachylił się.

– Kocham cię. – wyszeptał, delikatnie odgarniając z ucha kosmyk rudych włosów.
– Wiem. – powiedziała krótko, jeszcze mocniej się wtulając w ciało męża.

Gdy skończyli jeść udali się na spoczynek, rozdzielając najemnikom warty. Należało pilnować zarówno drogi wiodącej na miejsce wyrębu, obozowiska i morza. W tym celu zbrojni zostali podzieleni na kilka nielicznych grup, mających na celu nie reagować ofensywnie przeciwko potencjalnemu zagrożeniu, lecz ostrzec pozostałych, celem stawienia silnego oporu. Upewniwszy się, że wszystko zostało zrobione mogli wreszcie udać się do swego namiotu. Zatrzymali się na chwilę przed obozem. Było cicho. Jedynie jednostajny, miarowy szum morza i ledwie słyszalne odgłosy, świadczące o obecności lasu, takie jak szelest liści, czy poszum wiatru targającego gałęziami, zakłócały ten stan rzeczy. Nocne niebo rozświetlały roje gwiazd. Ogniska powoli dogasały. Unosił się zapach dymu, lekka woń soli. Tak słaba, że nieomal niewyczuwalna. I żywicy, ze ściętych za dnia drzew.

W namiocie panował półmrok. Jasne płótno i rozłożone na ziemi futra w jakiś niewyjaśniony sposób przeganiały mrok. Nie działały jednak tak dobrze, jak jasny płomień ogniska. Było to nieważne. Zostali sami. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Ledwie płachta, służąca za wejście, opadła z powrotem ku ziemi znaleźli się w czułym uścisku, rozkoszując się ciepłem swych warg. Ich dłonie błądziły po swych ciałach, zdejmując ubrania i odkrywając nagość skóry. Niewiasta jęknęła cicho, gdy poczuła jak męskość małżonka zaczyna przez warstwy materiału domagać się dostępu do jej wnętrza. Pragnęła go, a on jej i doskonale o tym wiedziała. Położyła się na miękkim posłaniu i pomogła w zdjęciu sukni, po czym niemal zdarła z niego szarawary i ponownie jęknęła widząc rychłą zapowiedź rozkoszy. Nie musiała nic mówić, wystarczyło go zaprosić. Krzyknęła czując jak duma męża ją wypełnia. On również wydał z siebie odgłos zadowolenia i nie miało tutaj żadnego znaczenia, że bardziej przypominał radosny warkot wilka, niż cokolwiek właściwego człowiekowi. Był dziki, nienasycony, ale również ona mu nie ustępowała pod tym względem. Nagrodę stanowiły nieprzemijające fale rozkoszy, rozpływające się po pięknym, gorącym ciele kobiety. Oczy zaszły jej mgłą, dała się porwać temu szaleństwu, dorzucając do niego niezliczone jęki i krzyki rozkoszy.
Gdy wstała rano czuła się tak, jakby całą noc biegła. Brakowało jej tchu i uginały się pod nią nogi. Tylko zmęczenia nie było. Wręcz przeciwnie. Czuła się silna, szczęśliwa. Na ustach rudowłosej błądził uśmiech. Niewymuszony, naturalny. Właściwy osobie wierzącej w to, że nowy dzień będzie tym najpiękniejszym i nie przyniesie żadnego problemu, czy szkody. Dopiero po dłuższej chwili zmysły zaczęły wracać. Oczy zwężały się lekko przez rozświetlający płótno złoty blask słońca, a uszy powiadomiły ją o trwających przygotowaniach do dalszego wyrębu. W powietrzu unosiły się zapachy gotowanych potraw i jeszcze jakaś woń. Silniejsza, bardziej wyrazista i znajoma.

– Dobrze spałaś? Nie miałem serca cię obudzić. – powiedział ktoś czule i delikatnie.
Teraz do niej dotarło, że mąż nie leżał obok. Odwróciła głowę w stronę źródła dźwięku i zobaczyła go. Znowu miał futro, pysk i te szponiaste łapy. To jego zapach wyczuła. Wilka. Przeciągnęła się rozkosznie, odsłaniając swe cudowne piersi. Mruczała przy tym, niczym pieszczona kotka.
– Prawie zapomniałam jakie cuda potrafisz mój najdroższy. Wiele dni minęło od chwili, gdy mogłam cieszyć twymi umiejętnościami. – mówiła uśmiechając się.
– Raduje mnie, że mogłem sprawić ci taką przyjemność. Miałem nadzieję, że zechcesz towarzyszyć mi w łowach. – zaproponował. – Hjalprek będzie w tym czasie wszystkiego pilnował.
Zastanawiał się chwilę. Wszystko brzmiało sensownie. Wspomniany przez niego mężczyzna cieszył się wśród bondir szacunkiem. Był starym weteranem wielu wypraw, który dołączył do nich na samym początku wyprawy, jako sternik. Miał także posłuch wśród najemnych. Przede wszystkim uważali go za jednego ze swoich.
– Dobrze, jeśli ma to pomóc w zdobyciu żywności, możesz na mnie liczyć. Tylko pozwól mi się ubrać. - dodała lekko kpiącym tonem, wyszczerzając do niego swe drobne, białe ząbki.

Zawsze potrafiła go nimi oczarować. Hamramur, nawet w ludzkiej postaci, posiadał wyraźniej niż inni zarysowane kły i nie potrafił reagować na widok tych białych kwadracików inaczej jak zdumieniem i podziwem. Wstała, pozwalając mu na podziwianie wszystkich swoich krągłości i wypukłości. Posiadał pełne, obfite kształty. Nie była wychudzona, lecz rzec, że była tęga byłoby przesadą. Należała do tych dostojnych, solidnych kobiet, którym pasowały prezentowane teraz mężowi widoki. Wyglądała niczym dumna, dobrze odżywiona wadera, nie mogąca narzekać na brak pokarmu, lecz również ukazująca dostosowywanie jego obfitości do własnych potrzeb.
Bardzo go tym urzekała. Akceptowała siebie taką, jaką była i uczyniła to samo względem niego. Zrobiła to właściwie od razu. Ludziom musiał udowodnić, że nie jest krwiożerczą bestią. Miał zamiar odnaleźć kiedyś człowieka, który stworzył taki właśnie obraz jego gatunku i podziękować mu za to ostrzem wbitym w ciało aż po sam jelec. Co prawda wątpił w to, by kiedykolwiek udało mu się czegoś takiego dokonać. Zresztą wtedy jedynie potwierdziłby krążące o ulfhednar opowieści.
Kobieta ubrała się nie w suknię, lecz zwykłe, proste spodnie i koszulę. Wszystko w naturalnych, leśnych barwach. Potem pomógł jej się opancerzyć. O wiele łatwiej było założyć przeszywanicę i kolczugę, gdy robiło się to z drugą zaznajomioną z tym osobą. Nawet jeśli szpony wydawały nieprzyjemny dźwięk w chwili zderzenia z metalem. Zbroja ponownie opięła ciało wspaniałej wojowniczki, miecz zawisł u pasa, a ręce, chronione wykonanymi z grubej skóry rękawicami, zaciskały się na długiej, morderczej włóczni. Na plecach, zamiast tarczy, nosiła solidny, krótki łuk i kołczan pełen strzał o białych lotkach.
Zanim wyszli z namiotu spakowała do tobołka trochę zapasów. Niewielki pakunek musiał zapewnić im dość pożywienia na kilka dni łowów. Zwłaszcza, że nie znali tutejszej kniei i nie wiedzieli ile czasu im to zajmie. Spodziewali się natomiast tropić dziki, bądź sarny. Choć wiedzieli, że prawdopodobnie ich łupem padnie każde napotkane zwierzę, nadające się na posiłek.

Gdy wyszli na zewnątrz było już jasno. Słońce na dobre zagościło na nieboskłonie, śląc wszystkim istotom zamieszkującym Midgard radosne uśmiechy. Nott natomiast ustąpiła miejsca Dagowi. Spojrzeli w górę. Nie było chmur. Wróżyło to dobrą pogodę. Na to właśnie liczyli. Gdyby się bowiem rozpadało deszcz mógłby zamazać część śladów, a to bardzo utrudniłoby im zdobycie żywności.

– Musimy znaleźć Hjalpreka. Spodziewałbym się go zastać przy wyrębie, albo ciesielce. Zna się na tym. – stwierdził hamramur.
–W takim razie poszukajmy go. – odparła rudowłosa, ruszając w stronę miejsca, z którego dochodziły odgłosy pracy.
Ruszył za nią. Dzierżone przez parę długie włócznie błyskały złowieszczo grotami, podobnie jak noszona przez wojowniczkę kolczuga. Uważał to za zbyt dużą ostrożność, ale nie komentował. Wystarczyło mu, by czuła się bezpieczniej mając ją na sobie. Polegał bardzo na noszonym przez nią łuku. Już nie raz polowali razem. On tropił i wywabiał zwierzynę, zaganiając ją w jej stronę, po tym, by mogła oddać jak najlepszy strzał. Potrafili tak powalić nawet duże zwierzęta, które normalnie wymagałyby wysiłków całej watahy.

Na miejscu pracy wypatrzyli Hjalpreka. Był barczystym, ogorzałym mężczyzną o jasnych blond włosach, przyprószonych już pasmami siwizny. Nosił się skromnie. Nie mogło to jednak zakryć blizn na twarzy i ramionach, będących milczącym świadectwem bojów, jakie stoczył. Uważny obserwator dostrzegłby natomiast, że posługuje się swym toporem inaczej niż inni. Bardziej jak wojownik aniżeli drwal, czy cieśla. Zauważył, że idą w jego kierunku. Oparł się na orężu i powitał ich podniesioną do góry prawicą.
– Witajcie! Czymże zasłużyłem sobie na waszą uwagę? – zapytał bez zbędnych ceregieli.
–Ruszamy na polowanie. Chciałbym żebyś pod naszą nieobecność wszystkiego dopilnował. – równie bezceremonialnie rzucił hamramur.
Hjalprek popatrzył na niego przez chwilę. Wyglądało to trochę tak, jakby zastanawiał się, czy to co przed chwilą słyszał było prawdą. Jednak nawet jeśli był zmieszany, czy też zaskoczony nie dał tego po sobie poznać i szybko odpowiedział.

– Oczywiście. Przez kilka dni będę miał wszystko na oku. Tylko co mamy dokładnie wtenczas czynić?
– Wznieść palisadę, otaczającą przystań. Zapewne zdążymy zanim ją postawicie. Jeśli jednak nie to w następnej kolejności trzeba wznieść wieże po obu stronach fiordu, górującego nad miejscem, którym tu wpłynęliśmy. Następne są już domy i zagrody. – poinformowała go wojowniczka, opierając się na drzewcu.
– Dobrze. W takim razie udanych łowów. – powiedział, wracając do swoich obowiązków.
Ruszyli przed siebie, coraz głębiej w las. Musieli oddalić się od niosących się głośnym echem śmiechów, rozmów i głuchych uderzeń toporów. Płoszyły one zwierzynę, zwiastując przybycie ludzi, mogących zrobić im krzywdę. Wyczuwały to i ulfhedinn dobrze o tym wiedział. Potwierdzały to odnajdowane przez niego ślady. Nie dalej jak kilka chwil drogi później odkrył odciśnięte w leśnej ściółce odciski sarnich racic. Zapewne zbiegły już wczoraj, gdy tylko rozpoczęli ścinać drzewa, gdyż były one bardzo świeże i łatwe do odnalezienia.

Trzeba będzie się bardzo postarać, by upolować coś dużego. Długo błądzili po kniei, starając się zgubić odgłosy pracujących tuż przy plaży ludzi. Wreszcie im się to udało. Teraz nastał czas łowów. Kobieta zdjęła z pleców łuk i nałożyła strzałę na cięciwę. Włócznię wbiła w ziemię, tuż przed sobą, by móc ją w razie kłopotów błyskawicznie chwycić i użyć do obrony, lub ataku. Jej mąż mocniej zacisnął szponiaste dłonie na drzewcu swojej broni i ruszył przed siebie. Po chwili zniknął w gęstwinie.
Widziała dobrze, jak porusza się szukając śladów, tropów, mogących objawić mu miejsce pobytu mieszkańców tego lasu. Nie wątpiła w to, że niedługo będzie musiała wypuścić czekający pocisk w stronę jakiegoś zwierzęcia. Ulfhedinn był niezawodnym łowcą, nawet jeśli czasem polowanie się przeciągało to zawsze było warto czekać. Znalazła sobie jak najlepsze miejsce. Dostrzegła kilka młodych drzew, otoczonych bujnymi krzakami. Postanowiła tam czatować. Dzięki temu była nie tylko osłonięta, ale co ważniejsze nacięła korę roślin i wysmarowała się ich żywicą, by ukryć własny zapach. Wypatrywała w napięciu jakiegoś ruchu, wiedząc, że może mieć tylko jedną szansę na oddanie celnego strzału.

Hamramur nie spieszył się. Uważnie oglądał ziemię pod swymi nogami, czasem zatrzymując się celem lepszego zbadania zauważonej sierści, czy odcisku w ściółce. Dopisywało im szczęście. Wpadł na trop. Ścigał, sądząc po ilości i rozłożeniu śladów, stado składające się z sześciu dorosłych saren i od trzech do ośmiu młodych. Ze względu na bogactwo odcisków nie był w stanie dokładnie określić liczby podrostków. Teraz musiał tylko zachować jak największą ostrożność, podejść je i zagnać do czatującej żony. Liczył na to, że samemu uda mu się powalić jedną sztukę.

Ruszył przed siebie przezornym, sprężystym krokiem. Stawiał stopy z niewymuszoną gracją i delikatnością, tak, że nawet stąpając po suchej ściółce zdawał się nie wydawać żadnych dźwięków. Był pochylony. Przednie ramiona sięgały mu do połowy ud. Pysk obracał się co chwilę na boki, by umożliwić oczom lustrowanie jak największych połaci terenu. Uwadze wojownika na pewno nie umknąłby fakt tego jak dzierży włócznię, gotów w każdej chwili wrazić ją w brzuch wroga, jeśli takowy tylko by się pojawił. Co chwilę przystawał, by upewnić się, że nie zgubił tropu. Miał jednak przeczucie, iż nie uczyniłby tego biegnąc, ponieważ sarny nawet nie starały się ukryć, czy zamaskować swej obecności.
Avatar użytkownika
Tyrsson Ulvhjerte
 
Posty: 111
Dołączył(a): piątek, 1 kwietnia 2011, 16:09

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez Tyrsson Ulvhjerte » niedziela, 9 września 2012, 10:32

Przy okazji informuję, ze powstanie tej opowieści druga część, a obecnie pracuję nad zapisaniem mitów germańskich w formie przyjaznej dzieciom.

Niestety dalej nie mam swojego komputera, a to poważnie spowalnia moją pracę z przyczyn oczywistych.
Avatar użytkownika
Tyrsson Ulvhjerte
 
Posty: 111
Dołączył(a): piątek, 1 kwietnia 2011, 16:09

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez Leśna » wtorek, 11 września 2012, 07:36

Wspaniałe @]:D choć miałam obawy, że przez język się nie przebiję ]:D
Gdybyś potrzebował pomocy w składzie książki, to mam w rodzinie specjalistkę od składu graficznego i korekty. Niestety nie pracuje wolontarystycznie, więc tylko sygnalizuję. Teraz tylko czekać na pojawienie się na półkach :D
Avatar użytkownika
Leśna
 
Posty: 160
Dołączył(a): piątek, 20 maja 2011, 21:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez Thordis » wtorek, 11 września 2012, 18:46

Leśna, odpisuję ja, na prośbę Tyrssona, bo on ma jeszcze komputer w naprawie i przez to trochę problemy z komunikacją. Bardzo dziękuje Ci za ofertę pomocy, ale troszkę się z nią spóźniłaś, gdyż ja już zajmuję się korektą, a składem zajął się Gotthard. W razie gdyby jednak była potrzebna jakaś dodatkowa pomoc to wiemy do kogo się zgłosić :) Ale przede wszystkim przekazuję wielkie podziękowania za przeczytanie i opinię.
Thordis
 
Posty: 1155
Dołączył(a): sobota, 7 maja 2011, 11:43
Lokalizacja: Gdynia

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez KozioU » wtorek, 11 września 2012, 20:49

Ciężko się to czyta, nawet bardzo. Nie dobrnąłem do połowy. Żeby stylizować czy naśladować język historyczny, trzeba najpierw dobrze posługiwać się współczesną polszczyzną i wiedzieć co nieco o językoznawstwie. Ty mieszasz stylizację wiejską, średniowieczną, niby-sienkiewiczowską i współczesny język potoczny, czasem w jednym zdaniu. Powoduje to chaos i utrudnia czytanie. Poza tym jeśli chcesz żeby ktokolwiek poza ludźmi z naszego środowiska przeczytał więcej niż 5 akapitów, nie używaj tylu obcych słów (bo nie są to nawet zapożyczenia) bo tekst jest niezrozumiały.
A furore Normanorum libera nos, O Domine!
Avatar użytkownika
KozioU
 
Posty: 1338
Dołączył(a): środa, 9 marca 2011, 00:54
Lokalizacja: Warszawa

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez ThorrUlfR » środa, 12 września 2012, 08:20

Ciężkie, naprawdę ciężkie - dopiero za trzecim podejściem przy sporym samozaparciu przeczytałem cały tekst.
Generalnie Fajnie, że piszesz, bo gdzieś trzeba się uczyć i doskonalić warsztat, ale temat wybrałeś trudny!
Powieść historyczna z elementami Fantazy wow!, toż to nie tylko bardzo dobra znajomość polszczyzny się kłania, ale i realiów historycznych :)
Ciężko ocenić po fragmencie, (jednakże obawiam się, że na całość zabrakłoby mi samozaparcia), ale jak to mawiała moja Pani Profesor- na zachętę dałbym trzy.
Abstrahując daj to komuś oczytanemu w powieściach fantastyczno historycznych i swobodnie posługującemu się językiem polskim i niech Ci pokaże, co możesz skorygować żeby było bardziej strawne.
Poznał tedy, iż zły nie jest! Bo by złym być duszę trzeba mieć i z ciemności na światło z pogardą spoglądać!
ThorrUlfR
 
Posty: 260
Dołączył(a): wtorek, 6 marca 2012, 13:50

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez Vrede » środa, 12 września 2012, 10:33

Niektóre zdania ciężko się czyta (zanim dojdę do końca zdania zapominam o czym był początek - brak lecytyny, lub za długie zdania :-P)
Ale pomysł ciekawy, akcja się rozkręca, dużo kolorów, zapachów, faktury itp elementów, które sprawiają, że jest się blisko tego, co się czyta.

Na początku przydałby się jakiś słowniczek czy wprowadzenie wyjaśniające obce wyrazy.
Avatar użytkownika
Vrede
 
Posty: 933
Dołączył(a): czwartek, 10 marca 2011, 21:56
Lokalizacja: Wrocław i Oslo

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez Tyrsson Ulvhjerte » poniedziałek, 17 września 2012, 12:00

Cóż.

Chyba nikt nie oczekiwał, że tekst w wersji roboczej będzie pozbawiony błędów, co nie?

Oczywiście ze wszystkich mankamentów zdaję sobie sprawę, ale po to właśnie zamieszczam próbkę, żeby wiedzieć co muszę poprawić, to chyba logiczne. Przynajmniej widzę, że pomysł odnośnie autora był jak najbardziej poprawny.

Muszę szczerze się przyznać, że wszystkiego Wam nie zdradziłem. Powieść jest maksymalnie stylizowana na sagę, a sagi nie są pisane prostym językiem. To, że mam wiejsko-sienkiewiczowskie w sumie nie wiadomoco jest jakby tego wypadkową. Osobiście uwielbiam swój styl, ale rozumiem co dajecie mi do zrozumienia. W takim razie faktycznie muszę, za radą Thordis, robić ze zdań wielokrotnie złożenie przełożonych, robić zdania proste.

Co do realiów historycznych... Autorzy sag tak często mieszali wszystko w jednym tyglu, że tutaj akurat pozwolę sobie na dygresję. Owszem, gdybym pisał czysto powieść historyczną, a nie coś, co ma być współczesną sagą, to sam wytknąłbym sobie niektóre rzeczy, niemniej mam doskonałe wyjaśnienie. Czasy, w których ma miejsce opowieść, a czasy skalda, to dwie różne bajki, a każdy skald lubi pić @]:D

Polszczyzny znać mi nie lza, azaliż ludzi mam od tego, coby tekst ów poprawili, iżby ku uciesze gawiedzi bardziej się nadawał }:=

Ok, ja znikam ponownie.
Avatar użytkownika
Tyrsson Ulvhjerte
 
Posty: 111
Dołączył(a): piątek, 1 kwietnia 2011, 16:09

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez KozioU » poniedziałek, 17 września 2012, 14:06

Tyrsson Ulvhjerte napisał(a):Osobiście uwielbiam swój styl

Tyrsson Ulvhjerte napisał(a):Polszczyzny znać mi nie lza, azaliż ludzi mam od tego


Z takim podejściem daj sobie lepiej spokój z pisaniem. Żeby wyjść poza publikowanie w necie dla rodziny brakuje ci jednej niezbędnej rzeczy - pokory.
A furore Normanorum libera nos, O Domine!
Avatar użytkownika
KozioU
 
Posty: 1338
Dołączył(a): środa, 9 marca 2011, 00:54
Lokalizacja: Warszawa

Re: Sagi Skalda Tyrsonna - prosba

Postprzez ThorrUlfR » poniedziałek, 17 września 2012, 18:42

Tyrsson Ulvhjerte napisał(a):Polszczyzny znać mi nie lza

To wyjaśnia wszystko i nie wymaga komentarza.
A mając na uwadze powyższe proponuję wydać tą powieść w języku angielskim i widzę w tym dwie korzyści:
1. Znacznie zwiększy się ilość odbiorców
2. Będzie kaleczony język angielski a nie polski.
Poznał tedy, iż zły nie jest! Bo by złym być duszę trzeba mieć i z ciemności na światło z pogardą spoglądać!
ThorrUlfR
 
Posty: 260
Dołączył(a): wtorek, 6 marca 2012, 13:50

Następna strona

Powrót do Sztuka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości

cron