Wychowanie dzieci

Wychowanie dzieci

Postprzez Thordis » niedziela, 10 lipca 2011, 20:06

Być może zadam kolejne pytanie, które może wydać się głupie, ale dla mnie jest to kwestia bardzo ważna. A tutaj jestem między innymi dlatego, że odczuwam potrzebę poznania cudzych doświadczeń. Zawsze człowiek jest mądrzejszy, kiedy może uczyć się też na cudzych doświadczeniach, nie tylko na własnych.

Mianowicie ciekawi mnie jak podchodzicie do kwestii "wpajania" dzieciom poglądów stricte religijnych. Czy uważacie, że do osiągnięcia dojrzałości człowiekowi powinno się pozostawić absolutną "wolność wyboru" (ostatnio popularny pogląd ogólnospołeczny) czy może już od małego rodzice powinni, Waszym zdaniem, prowadzić swoje dzieci tą drogą, którą sami wybrali? Nie chodzi mi oczywiście o etykę, o wartości, bo to jest oczywiste, że każdy rodzic chce i stara się nauczyć swoje dzieci takich wartości, jakie sam uznaje za słuszne, tu nie ma nad czym dyskutować. Ale każde wartości i każda etyka może funkcjonować też i samodzielnie, nie poparte religią. Chodzi mi wyłącznie o stosunek dziecka do Bogów.
Thordis
 
Posty: 1155
Dołączył(a): sobota, 7 maja 2011, 11:43
Lokalizacja: Gdynia

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez Isa » niedziela, 10 lipca 2011, 22:30

Nie mam dzieci i nie zapowiada się, żeby takowe się pojawiły, zaznaczam na samym początku :-D Mimo to podzielę się własną opinią.

Część związana z wpajaniem wartości, jak sama napisałaś, jest oczywista. Wychowanie nie jest zawieszone w nicości, zresztą nawet, jeśli intencjonalnie próbowano by tego uniknąć - pozostaje socjalizacja pierwotna, czyli wszystko, czym dziecko nasiąka w domu rodzinnym, a czego wyeliminować nie da rady.

Sprawa jest o tyle śliska, że o wychowaniu można rozpisywać się i snuć teorie, a praktyka na koniec okazuje się praktyką, często wcale niekoniecznie zbieżną z teorią.

Moim zdaniem owe modne pozostawianie "wolnego wyboru" jest niemożliwe. Głównie z uwagi na to, że system moralny i religia są ze sobą ściśle splecione (bo tu bym się nie zgodziła z Tobą, że można postawić między nimi czystą, czytelną granicę). Próba zawieszenia dziecka w "niczym" wiązałaby się z wykluczeniem go z części życia rodziny (rodzica), która jest przecież bardzo istotna - od obchodzenia wspólnych świąt zaczynając. Rzecz raczej w tym, żeby indoktrynacja, jaką prowadzimy (rozumiejąc indoktrynację pedagogicznie, bez pejoratywnych skojarzeń) daleka była od skrajności. Nie naznaczamy dziecka jak chrześcijanie. Nie deklarujemy bogom, że podstawowym punktem w naszym honorze jest uczynienie z niego kolejnego potulnego (phi!) wyznawcy. Wprowadzamy go raczej w nasz światopogląd i wiarę - nie sprzeciwiając się szukaniu dziecka we własnym zakresie tego, co być może jest mu bliższe. I kiedy przyjdzie chwila na decyzję - a ta decyzja niekoniecznie będzie zbieżna z naszymi może nie oczekiwaniami, ale (nie oszukujmy się) nadziejami - nie stawiamy nieracjonalnego oporu, nie grozimy i nie robimy całego mnóstwa innych bezsensownych rzeczy (z krzyczeniem o sektach włącznie).

Takie kwestie zresztą układają się niejako naturalnie i każdy musi wypracować sobie - obok własnego stylu wychowawczego - własną metodę wprowadzania dziecka w świat religii. Nie sądzę, żeby istniał jeden uniwersalny, dobry dla wszystkich sposób.

;)
Íss er árbörkr
ok unnar þak
ok feigra manna fár.
Avatar użytkownika
Isa
 
Posty: 279
Dołączył(a): poniedziałek, 28 marca 2011, 18:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez Thordis » poniedziałek, 11 lipca 2011, 00:41

"(bo tu bym się nie zgodziła z Tobą, że można postawić między nimi czystą, czytelną granicę)"

Tutaj mam wrażenie nie do końca mnie zrozumiałaś. To było z mojej strony raczej teoretyzowanie z punktu widzenia: ludzie całkowicie "areligijni" i "antyreligijni" tez jakimiś wartościami się w życiu kierują. Więc wynika z tego, że wartości bez religii też mają rację bytu. Zresztą mogłabym wyjść w tym względzie od siebie samej kilka lat wcześniej, próbującej ustalać swoje własne wartości w odcięciu od wszystkiego co znałam i z czym się zetknęłam (ot, taki okres w życiu, każdy ma różne).

"Rzecz raczej w tym, żeby indoktrynacja, jaką prowadzimy (rozumiejąc indoktrynację pedagogicznie, bez pejoratywnych skojarzeń) daleka była od skrajności. Nie naznaczamy dziecka jak chrześcijanie. Nie deklarujemy bogom, że podstawowym punktem w naszym honorze jest uczynienie z niego kolejnego potulnego (phi!) wyznawcy."

To jest, akurat dla mnie, też oczywiste, tak samo jak to niekrzyczenie itd, o którym piszesz. Dzieci dorastają - wybierają własne drogi w każdej dziedzinie życia. Normalne. Logiczne. Tylko właśnie. Szkopuł tkwi w tym "naznaczaniu". Ta granica wydaje mi się tak śliska, że czasem się zastanawiam czy znaczna większość rodziców ogólnie rzecz biorąc nie przekracza jej zupełnie nieświadomie. Tu trzeba by sobie zadać raczej pytanie o to, od którego momentu dziecko może się poczuć naznaczone. Jak nie teraz (bo mówię o dzieciach małych, kilkuletnich, na etapie, na którym rodzice mogą mieć tego typu dylematy), to w przyszłości. A to jest tak naprawdę pytanie retoryczne, bo tego nikt nie wie, włącznie z samym dzieckiem i rodzicem.

Czy czasem nie obawiacie/obawialiście się przekroczyć tej granicy?

"Nie sądzę, żeby istniał jeden uniwersalny, dobry dla wszystkich sposób. "

Uniwersalny sposób nie istnieje na pewno, chociażby ze względu na to, że dzieci się od siebie różnią, rodzice zresztą też. Ale często jedna osoba może mieć do powiedzenia coś, co przyda się innej ;)
Thordis
 
Posty: 1155
Dołączył(a): sobota, 7 maja 2011, 11:43
Lokalizacja: Gdynia

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez Isa » poniedziałek, 11 lipca 2011, 15:32

Thordis napisał(a):"(bo tu bym się nie zgodziła z Tobą, że można postawić między nimi czystą, czytelną granicę)"
Tutaj mam wrażenie nie do końca mnie zrozumiałaś. To było z mojej strony raczej teoretyzowanie z punktu widzenia: ludzie całkowicie "areligijni" i "antyreligijni" tez jakimiś wartościami się w życiu kierują. Więc wynika z tego, że wartości bez religii też mają rację bytu. Zresztą mogłabym wyjść w tym względzie od siebie samej kilka lat wcześniej, próbującej ustalać swoje własne wartości w odcięciu od wszystkiego co znałam i z czym się zetknęłam (ot, taki okres w życiu, każdy ma różne).


Zrozumiałam, poszłam może tylko na skróty. Ateista kieruje się wartościami niekoniecznie w cokolwiek innego wierząc. Jednocześnie jednak nie potrafię wyobrazić sobie osoby funkcjonującej w ramach jakiejkolwiek religii - powiedzmy, że właśnie np. Asatru - która potrafiłaby rozdzielić jedno i drugie. Gdyby istniało sprzężenie zwrotne w zakresie podziału tych dwóch sfer, tak jak piszesz, wtedy możliwe byłoby nazywanie Asatryjczykiem osoby pozbawionej całkowicie honoru, godności, czci itd. (chyba się rozpędziłam :P), a tego już absolutnie sobie wyobrazić nie mogę.

Thordis napisał(a):Szkopuł tkwi w tym "naznaczaniu". Ta granica wydaje mi się tak śliska, że czasem się zastanawiam czy znaczna większość rodziców ogólnie rzecz biorąc nie przekracza jej zupełnie nieświadomie. Tu trzeba by sobie zadać raczej pytanie o to, od którego momentu dziecko może się poczuć naznaczone. Jak nie teraz (bo mówię o dzieciach małych, kilkuletnich, na etapie, na którym rodzice mogą mieć tego typu dylematy), to w przyszłości. A to jest tak naprawdę pytanie retoryczne, bo tego nikt nie wie, włącznie z samym dzieckiem i rodzicem.


Przez naznaczanie rozumiem przeprowadzanie czynności o charakterze religijno-magicznym, których cofnąć się nie da albo jest bardzo trudno. Czymś takim jest zmuszanie do sakramentów. A w niejednym miejscu już rozwodzono się na temat chrztu będącego zapychaniem czakry trzeciego oka itd. Tym samym dopóki nie stanę w lesie, nie wleję dziecku z rogu miodu do gardła, nie wywrzeszczę, że poświęcam je Odynowi i przysięgam swoim honorem wychowywać je tak, aby było jego pokornym sługą, a na koniec nie wytnę mu w skórze (czy też wymaluję świętymi olejkami, na jedno wychodzi tak naprawdę) walknuta na czole - tak długo nie uznam, że dziecko jest naznaczone.

Naznaczanie to nie wychowywanie w duchu jakiejś religii. Naznaczanie to raczej coś w deseń znakowania bydła, czasami metaforycznego. I właśnie tak rozumiane naznaczanie pojmuję jako niepożądaną skrajność.
Íss er árbörkr
ok unnar þak
ok feigra manna fár.
Avatar użytkownika
Isa
 
Posty: 279
Dołączył(a): poniedziałek, 28 marca 2011, 18:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez Thordis » poniedziałek, 11 lipca 2011, 16:20

"Jednocześnie jednak nie potrafię wyobrazić sobie osoby funkcjonującej w ramach jakiejkolwiek religii - powiedzmy, że właśnie np. Asatru - która potrafiłaby rozdzielić jedno i drugie. Gdyby istniało sprzężenie zwrotne w zakresie podziału tych dwóch sfer, tak jak piszesz, wtedy możliwe byłoby nazywanie Asatryjczykiem osoby pozbawionej całkowicie honoru, godności, czci itd. (chyba się rozpędziłam :P), a tego już absolutnie sobie wyobrazić nie mogę."

Ale gdzie ja napisałam o sprzężeniu zwrotnym? Moim zdaniem można je dzielić, ale kiedy już się je zjednoczy, to podzielić z powrotem się nie da. Tutaj absolutnie się z Tobą zgadzam. I właśnie dlatego twierdzę, że się nie zrozumiałyśmy.

"Przez naznaczanie rozumiem przeprowadzanie czynności o charakterze religijno-magicznym, których cofnąć się nie da albo jest bardzo trudno. Czymś takim jest zmuszanie do sakramentów. A w niejednym miejscu już rozwodzono się na temat chrztu będącego zapychaniem czakry trzeciego oka itd. Tym samym dopóki nie stanę w lesie, nie wleję dziecku z rogu miodu do gardła, nie wywrzeszczę, że poświęcam je Odynowi i przysięgam swoim honorem wychowywać je tak, aby było jego pokornym sługą, a na koniec nie wytnę mu w skórze (czy też wymaluję świętymi olejkami, na jedno wychodzi tak naprawdę) walknuta na czole - tak długo nie uznam, że dziecko jest naznaczone.

Naznaczanie to nie wychowywanie w duchu jakiejś religii. Naznaczanie to raczej coś w deseń znakowania bydła, czasami metaforycznego. I właśnie tak rozumiane naznaczanie pojmuję jako niepożądaną skrajność."


No to mam już całkowitą jasność tego, co miałaś na myśli. I tutaj w 100% się zgadzam. Ja miałam na myśli raczej mniej inwazyjne działania. Znacznie mniej. Tylko dziecko to odrębny człowiek. Chodziło mi raczej o to, że ono teoretycznie może mieć poczucie, że rodzic zaingerował za mocno w jego rozwój. Nie chodzi o poczucie rodzica, tylko poczucie dziecka. To ono może działania rodzica odbierać jako "indoktrynację", czego rodzic może nie być świadomy.
Thordis
 
Posty: 1155
Dołączył(a): sobota, 7 maja 2011, 11:43
Lokalizacja: Gdynia

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez Isa » wtorek, 12 lipca 2011, 11:09

Indoktrynacja jest częścią wychowania. Kojarzy nam się mocno negatywnie, głównie w związku z pewnego rodzaju urabianiem świadomości przez systemy polityczne, ale pedagogicznie - jest procesem zachodzącym naturalnie - owszem, intencjonalnie - ale w ramach szeregu oddziaływań, jakie wywierają rodzice na dziecko. Jeśli skupimy się na potencjalnym odbiorze tego przez dziecko - to stąpamy po cienkiej linii. Z jednej strony bowiem ryzykujemy, że przekroczymy granicę i zaczniemy narzucać - co dziecko pewnego dnia zinterpretuje jako krzywdzące - z drugiej jednak nie zwiążemy go ani z żadną grupą, ani z własnym światopoglądem - co będzie dokładnie tym zawieszeniem w "niczym" i wykluczeniem z życia rodzica, o czym pisałam wcześniej - co również nie jest dobrym rozwiązaniem.

Zawsze ryzykujemy, że świat, w jaki wprowadzamy dziecko, nie okaże się na koniec tym, co dziecku będzie odpowiadać. Ale odwrotność, izolowanie go od niego, jest - moim zdaniem - jeszcze gorsza. Na myśl przychodzi mi luźno analogicznie absurd tak zwanego "bezstresowego wychowania". Podstawą jest zatem zostawienie swobody, przy jednoczesnym jednak wychowywaniu w konkretnym systemie wartości i konkretnej - tak - religii. Przywilejem i prawem rodzica jest kształtowanie dziecka według własnych wyobrażeń, jego obowiązkiem jednocześnie okazuje się akceptacja dla decyzji, które będą inne.

Tak to przynajmniej widzę ;)
Íss er árbörkr
ok unnar þak
ok feigra manna fár.
Avatar użytkownika
Isa
 
Posty: 279
Dołączył(a): poniedziałek, 28 marca 2011, 18:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez xxx » wtorek, 12 lipca 2011, 12:38

Hmmm...
Dyskusja dotyczy działań, podejmowanych lub nie, tak by dziecku zostawić możliwie największą wolność wyboru. Sposobów na to, by nie czuło się ograniczane, zmuszane, pakowane w jakiś paradygmat. O efektach na tym etapie trudno mówić - bo oceni je dziecko.

No to ja od strony efektów właśnie - z zupełnie własnego doświadczenia dzieciństwa, o ile je pamiętam. O indoktrynacji.
Wychowywali mnie nie rodzice, a niania (zwana "Ciocią"). Dzięki której ukształtowałam sobie swoisty kręgosłup i w pewnym sensie jestem kim jestem. Bo częścią indoktrynacji były rzeczy, które odczuwa (tak, bo to też można zaszczepić) podlaska szeptucha (z maleńkiej wsi Kałęczyn, w której jeszcze w połowie lat 80. nie było prądu i bieżącej wody, o kanalizacji nie wspominając). Ale też było nią chrześcijaństwo - nie tyle ze swoim systemem wartości, chociaż to też, ale w jego warstwie rytualnej. Gdyby nie niania - nie zostałabym ochrzczona ani nie poszła do komunii, rodzice mieli to gdzieś, dla nich liczyły się oceny w dzienniczku i czystość ubrania, w którym szłam do szkoły - no i fakt, że dzieci i ryby głosu nie mają :D

Wracając do tematu - indoktrynacji - czy w jak najbardziej dobrej wierze podejmowanym działaniom wychowawczym niani zawdzięczam dwie rzeczy - jedną, której pozbywałam się stopniowo i z trudem, uwieńczoną formalnym aktem apostazji i apostazją rytualną - pozbyciem się magicznych efektów sakramentów - i drugą, która zapewne była "wypadkiem przy pracy" i wynikała ze skażenia tym, kim niania po prostu była, tym, czym się zajmowała - za mała byłam przecież, żeby mi coś miała celowo przekazać/pokazać - jestem czarownicą - chociaż magią nie INTERESOWAŁAM się nigdy... wybór zostania nią w pewnym sensie nie został dokonany przeze mnie - został mi zaszczepiony właśnie we wczesnym etapie procesu wychowawczego. I w pewnym sensie ten "wszczep" ukształtował moją dalszą drogę - w tym i poszukiwania prawdy i boskości w świecie (verum et divinum - w dowolnym znaczeniu), poprzez doświadczenie a nie intelektualne wybory - poszukiwania uwieńczone dotarciem tutaj. Czyli niewątpliwie, to, kim jesteśmy i co robimy nie pozostaje bez wpływu na to, kim będzie nasz podopieczny, wychowanek, dziecko - choćbyśmy bardzo nie chcieli go nami "skazić" zawsze bardziej lub mniej skazimy...

Oczywiście, na pewnym etapie dojrzewania, kiedy zaczynałam oglądać różne składowe siebie, przebudowywać (jak Lego), jedno odrzucać, inne pozostawiać, tę rzecz postanowiłam wbudować w całość układanki, którą jestem, wzmocnić i wyeksponować - bo uznałam ją za istotną; chrześcijaństwo za to odrzucając jako zbędny i uciążliwy balast.

Moja siostra, wychowywana już bez niani, jest egzemplarzem twardej biznesłoman (biznes z łomem - jak ktoś stoi na drodze, to łomem przez łeb), kompletnie zamkniętej na dowolnie rozumianą "tamtą stronę" ostrej racjonalistki. Jej racjonalizm nie obejmuje doświadczeń spoza świata materialnego - są jej niepotrzebne, nikt ich jej nie pokazał... Przypadek? Czy brak konkretnego elementu w wychowaniu w wypadku jednej z nas, a obecność w wypadku drugiej?

Tak swoją drogą, właśnie mi przyszedł do głowy jeszcze jeden element indoktrynacji z dzieciństwa. Mój ojciec uwielbia muzykę klasyczną, ze szczególnym naciskiem na XIX-wieczną operę romantyczną. Odkąd skończyłam 5 lat fundował mi codziennie godzinne "słuchanie obowiązkowe" - w jego pokoju zakopconym dymem z fajki miałam bez słowa siedzieć i słuchać tego, co sobie (i mi, ale podejrzewam, że chodziło mu bardziej o własną przyjemność) z winylowych płyt puszczał. Dość szybko przestałam się buntować, w płynących z płyt dźwiękach znajdując coraz większą przyjemność. Niewątpliwie te godziny z dzieciństwa ukształtowały moją wrażliwość i gust muzyczny. A że znaczącą część programu stanowiła wagnerowska tetralogia, którą przez to od dziecka jestem (znów to słowo... poproszę o sugestię innego, zastępczego :P) "skażona" - to może i dodatkowo - wrażliwość na divinum ukierunkowana w konkretną stronę, zwrócenie uwagi owego divinum na jedną taką czarownicę - i efekt - jej obecność na niniejszym forum i rzeczy, które robi obecnie? :P

Strasznie osobiście wyszło - ale zainspirowałyście mnie, drogie Panie, teoretycznymi rozważaniami do poszukania w sobie praktycznych efektów indoktrynacji z dzieciństwa - nie dałoby się ich opisać nieosobiście, to i macie flaki na wierzchu.
xxx
 

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez Ulf » wtorek, 12 lipca 2011, 14:51

:piwo:

o!
Ulf
 

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez Thordis » wtorek, 12 lipca 2011, 15:28

Isa: no właśnie widzisz... w teorii całkowicie się z Tobą zgadzam. Ale teoria i praktyka mają brzydką tendencję do rozmijania się i w praktyce to wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane niż w teorii. Mnie, jako matkę, często dopadają pytania, czy moje dziecko jest moją własnością czy odrębnym człowiekiem. Wydaje mi się, że każdy rozsądny rodzic czasem się nad tym zastanawia mniej lub bardziej. Z jednej strony absolutnie nie jestem zwolennikiem bezstresowego wychowania i mój syn doskonale zna miejsce dziecka w rodzinie, od małego jest uczony, że to ja (rodzic) w domu rządzę i ustalam zasady, ja decyduję o tym co jest słuszne, a co nie. Z drugiej strony zaś bardzo zależy mi na tym, by właśnie nie wykluczać go z żadnej (dostępnej dziecku) sfery mojego życia. Szczególnie, że jesteśmy rodziną dwuosobową i w praktyce mamy tylko siebie nawzajem (z dalszą rodziną moje, przez co niestety mojego syna też, kontakty są bardzo oficjalne i formalne, mało emocjonalne, właśnie ze względu na niebotyczną różnicę wyznawanych wartości i brak akceptacji takiego stanu rzeczy ze strony rodziny - zwyczajnie rozmijamy się w oczekiwaniach, przy czym ja to umiem akceptować, oni nie) i absolutnie cały czas wolny od pracy i nauki póki co spędzamy razem, we dwoje. I w praktyce bardzo ciężko jest uniknąć przegięcia zarówno w jedną i drugą stronę.

Elwinga: to Twoje wylanie flaków rozjaśniło mi pewną istotną sprawę. Pytania, które się we mnie rodzą chyba są właśnie wywołane tym, co tu poruszyłaś - doświadczeniami z mojego własnego dzieciństwa. Ja właśnie tak, jak Twoja siostra, byłam wychowywana na taką biznes z łomem, twardą racjonalistkę, a w dodatku na chodzący szczyt obłudy i hipokryzji. I tutaj pojawia się to, o czym pisała Isa, w pewien sposób starano się mnie zawiesić w próżni, przy tym robiąc totalną wodę z mózgu, wpajając sprzeczne ze sobą, niespójne wartości. Tyle, że w moim własnym doświadczeniu wychodzi na wierzch fakt, że wychowanie to nie wszystko, że czasem natura samego człowieka już od dziecka jest silniejsza niż system wychowawczy. Bo mnie się nigdy nie dało zindoktrynować, odkąd pamiętam. Nie wiem dlaczego, zwyczajnie się nie dało. Moja wewnętrzna pewność, że świat to nie tylko materia była silniejsza. Zawsze było, że "z nią jest coś nie tak", a ja nigdy nie czułam się i do tej pory nie czuję związana z rodzicami, właśnie przez to, że nigdy nie czułam się częścią ich rodziny, bo odkąd pamiętam byłam "inna" i z ich i z własnego punktu widzenia. Obecnie ja dawno dorosłam do akceptacji tych faktów i przestały mi one przeszkadzać - niestety moi rodzice do tego "nie dorośli" nadal. I może to właśnie stąd zadaje sobie takie pytania. Może zwyczajnie się boję, że aż tak bardzo nie zrozumiem własnego syna, jak ja zostałam niezrozumiana przez rodziców i zrobię mu tym krzywdę. Może dlatego wykazuję taką jakąś (nie jestem pewna czy do końca zdrową) "nadodpowiedzialność" w kwestiach wychowawczych.

No i mnie sprowokowałaś i w efekcie też poszło po prywacie, sprawach osobistych i wylewaniu flaków... :P Ale niektórych rzeczy chyba nie da się czasem opisać inaczej niż na własnym przykładzie.
Thordis
 
Posty: 1155
Dołączył(a): sobota, 7 maja 2011, 11:43
Lokalizacja: Gdynia

Re: Wychowanie dzieci

Postprzez Gotthard » sobota, 23 czerwca 2012, 12:05

Wiem, że wątek trochę się już przykurzył, ale może komuś się przyda co napiszę.
Nie jestem wykształconym pedagogiem, ale swego czasu pracowałem z dzieciakami. I wypracowałem sobie swoją metodę wychowawczą. Można to nazwać prawdziwym wychowaniem bezstresowym i póki co działa.
Potem moje doświadczenia udało mi się w jakiejś części zastosować do wychowywania mojej latorośli i przynosi to skutek pozytywny od samego początku. Zatem jeśli ktoś będzie chciał skorzystać z moich doświadczeń to będzie mi bardzo miło :)
Jestem przeciwnikiem powiedzeń „lepsze bite niż zdechłe” „ślepego posłuszeństwa” i wciskania dziecku na siłę „jestem starszy więc wiem lepiej”. Sam byłem tak wychowywany i wielu wielu rzeczy mnie to nauczyło. Nie potrafię się posługiwać uczoną terminologią bom człek prosty, wybaczcie – więc będę jechał po astatryjsku prosto z mostu.

Uwaga generalna.
1. Rodzice muszą być konsekwentni.
2. Jeśli rodzice nie są konsekwentni patrz pkt 1.

Fakt 1. Dziecko jest traktowane jak inna gałąź ewolucji.

Mówiąc krótko – traktujemy swoje dzieci jak... no właśnie „jak dzieci”. Babki i ciotki od urodzenia „ciućkają” nad słodziakiem, któremu z dnia na dzień różki rosną na głowie. „Och jak to on/ona piękny jak aniołeczek, a jaki figlarny, o opluł mnie! To paskuda! Ciu ciu ciu paskudko mała” Bleeeeee fuj....
Traktujemy swoje dzieci z pobłażaniem, wiele rzeczy tłumacząc wiekiem i niezrozumieniem. Oj strasznie się mylimy strasznie... To my decydujemy co dziecku wolno, co nie. Co dziecko powinno wiedzieć, a co nie. Co umieć jak się zachowywać itd. Jeśli dziecko w wieku lat 5 jest traktowane nadal przez wszystkich jak noworodek „ciu ciu ciu” to w jego głowie rośnie myśl, że skoro wtedy wszyscy przynosili mu zabawki, to dzisiaj będzie miał zabawkę jaką chce. I pojawia się postawa „daj”. Rośnie nam wtedy w domu wymuszacz, który myśli, że 1. wszystko mu wolno, 2. jak będzie wrzeszczał i tupał to wywrzeszczy i wytupie.
Zabrońcie wszystkim ciotkom, babkom, wujkom i innym gościom – ciućkać i pieścić do dziecka. I traktujcie dziecko od samego początku jak normalnego człowieka. Nie mówię tu oczywiście o kontakcie fizycznym – przytulenie jest fajne i zawsze, ale tylko o pieszczeniu słownym. Wiadomo, człowiek mały i zasób wiedzy powinien mieć odpowiedni do wieku i słownictwo też, ale robaczek to robaczek, robak, stwór, którego kapciem trzeba, a nie „lobacek” „słodziutki i malutki” i „babcia teraz lobacka plask kapciem”. Kupa to kupa, a nie „kupcia” brzuszek, to brzuszek – brzuch, a nie „bzusek” , nie „baba” a babcia itd. itd. W świecie dorosłych ludzi tak się nie mówi – więc nie możemy pozwolić na to, żeby u dzieciaka wzbudzać dysonsne leksykalne bo to prosta droga do problemów z mówieniem i pisaniem w przyszłości. Więc jeśli dzisiaj dzieciak ma stwierdzone jakie dys... to podziękujcie sobie i swojej rodzinie, żeście tak dzieciaka załatwili :) bo lobacek, loncka i inne pierdy.
Czynnik drugi z pieszczeniem się i ciućkaniem związany z to wymuszanie. Jeśli z jakiegoś powodu raz jeden damy cokolwiek wymusić – to pozamiatane. Ciężko jest potem to wyplenić. Bo takie małe potem ryczy. A jak ryczy, to się rodzicom serce kraje się wzruszają i kupują... Albo wkurw ich łapie i dają dzieciakowi to co chce byle tylko dzioba zamknął.
Ja to rozwiązałem tak i sposób ów polecam. Młody – lat 2 z kawałkiem. Zakupy w jakimś realu czy czymś podobnym. Młody jeszcze wtedy nie mówił zbyt dobrze ale słówko „tacić” oznaczało kupić. Więc ciągnie mnie do zabawek wybiera jakąś tam no i tacić. Mówię mu: „synu masz taką samą zabawkę już w domu”, „tacić”, „nie”, „tacić! Tacić!!” „masz taką zabawkę w domu i pobawisz się nią jak wrócimy”. Młody w ryk i bach na podłogę i tarza się i kręci w kółko. I wrzask i płacz i tacić tacić. Ja niewiele myśląc bach obok niego i tak samo jak on tarzam się i wrzeszczę „masz zabawkę w domu pobawisz się jak wrócimy!” Po kilku chwilach tarzania, Młody usiadł na podłodze i w śmiech. Patrzył na swojego ojca, co ten stary dureń wyprawia. A ja usiadłem obok niego i też w śmiech. Oczywiście pół sklepu przystanęło żeby zobaczyć co się dzieje, ale sposób okazał się niezwykle skuteczny. Prób wymuszeń „tacić” było jeszcze kilka, ale zwykle kończyły się krótkim. „Synu nie i nie próbuj się tarzać, bo znowu się wytarzamy razem!”.
Ciućkaniu i pieszczeniu się słownym z dzieciakiem mówimy nie.


Fakt 2. Umysł dziecka jest jak gąbka.

Chłonie bez problemu wszystko – każdą jedną informację i każdy jeden model zachowań. Od momentu kiedy otwiera oczy. Na początek uczy się rozpoznawać rodziców po zapachu, potem głosie, potem pojedynczych słowach, zdaniach itd. itd. Przynajmniej do momentu kiedy nie nauczymy dziecko poprawnie wartościować, dzieciak łyka wszystko jak pelikan. Umysł dziecka nie jest wybiórczy – wszystko łapie, bezapelacyjnie. Tym bardziej im bardziej mu to zabraniamy.
Możecie to zawsze sprawdzić w prosty sposób. Weźcie dzieciaka na kolana i coś mu opowiedzcie – cokolwiek, ale coś o czym jeszcze nie wie. Na drugi dzień weźcie go na kolana i zadajcie mu pytanie dotyczące rozmowy z poprzedniego dnia. I będziecie mocno zdziwieni.
Uważajmy zatem w jaki sposób wypowiadamy się przy Młodym/ej jeśli nie chcemy, żeby jakieś zachowania, od nas przejęło. Pamiętajmy o tym, że dla naszego dziecka jesteśmy autorytetem najwyższym czy tego chcemy czy nie. Jesteśmy w ich oczach bohaterami i wzorami do naśladowania. Jeśli ojciec czy matka przy dzieciaku rzuca kurwami bez opamiętania, to pamiętać musi, że potomstwo to doskonale zapamięta i będzie używało oj używało i to jeszcze zgodnie z konktekstem.
Przykład. Młody lat 4 – układa coś tam z klocków. Budowla się rozpada, a Młody po prostu „no kurwa mać! tyle czasu to budowałem!”. Wziąłem typa na kolano i pytam „Synu, czy ty wiesz co znaczy kurwa mać?” „Nie wiem” „Dobrze. Ja jestem starszy i wiem co to znaczy. Chętnie ci to wytłumaczę i też będziesz to wiedział, ale nie dzisiaj, bo jesteś jeszcze na to za mały i moje tłumaczenie by Cię uśpiło, a chyba nie chce Ci się jeszcze spać? Prawda?” „Nie chce spać” „No to od tej chwili umawiamy się tak, że używamy tylko takie słowa których znaczenie rozumiemy. Dobrze?” „Dobrze”.
Kolejny czynnik jest taki, że ponieważ chłonie jak gąbka, to czasem myli mu się rzeczywistość od fikcji. Trzeba tłumaczyć dzieciakom, że batman to fikcja i nie lata, że jednorożców nie ma na świecie, a hodowla osiołków jest o tyle możliwa, co trudna i kosztowna. Nie należy też dzieciakom wciskać kitu. Kit jest dobry do okien. Dziecko ma usłyszeć prawdę – a nie kit. Być może w formie dla niego zrozumiałej – ale prawdę. Jeśli nauczymy ludzika to odróżniać i nie będziemy go oszukiwać, ani naciągać na jego potrzeby rzeczywistości to zwieńczeniem sukcesu będzie taka oto, lub podobna scenka:
„Mama co to jest?” spytał Młody pokazując na dziurę w firance. Moja małżonka bo pora była już późna zaczęła opowiadać bajkową historię, że to takie okienko przez które dobre opiekuńcze duszki przylatują, żeby pilnować jak Młody śpi i czy się mu śnią miłe rzeczy. Na to Młody prosto z mostu „Mama, przecież to jest zwykła dziura a duszki przylatują przez okno”.

Fakt 3. Młodzi ludzie w naszym kraju są wychowywani głównie w aspekcie zakazowo-nakazowym.

I nie bardzo jest jak z tym dyskutować. W ogromnej większości wypadków tak jest. Jest to wielki i niewybaczalny błąd. Tego typu sposób wychowywania zawsze, będzie powodował bunt, odwrócenie się od rodziny, poszukiwania własnej ścieżki. Prowadzi to do utraty rodzicielskiego autorytetu w oczach dziecka. A w dorosłym życiu może zaowocować nieprzewidywalnym obrotem sytuacji. Wielu z Was zna to z autopsji.
Zakazy i nakazy są i muszą być. Inaczej dzieciak w ramach eksperymentu własnego wpieprzy się do ogniska i tyłek poparzy. Ale nigdy nie należy stosować zakazów w stylu „Bo tak!” i „Nie bo nie!” a już na pewno nie wolno nigdy w życiu stosować zakazów w stylu „Nie bo jesteś dzieckiem”. Zawsze, ale to zawsze podaj powód i dobrze go uargumentuj
Zamiast stosować model zakazowo-nakazowy stosujcie model wolnego wyboru i konsekwencji jakie ten wybór za sobą ciągnie. I za każdym razem młodemu człowiekowi należy wytłumaczyć – słuchaj, jeśli zrobisz tak i tak – stanie się to i to, jeśli zaś zrobisz to i to, stanie się to i to. Teraz sam wybierz. Vide – uwaga generalna

Fakt 4. Młodych ludzi wychowuje się w aspekcie kar i nagród.

Z tym też nie ma co dyskutować. Tak po prostu jest. Jeśli coś zrobisz spotka Cię kara jeśli coś zrobisz dobrze spotka cię nagroda. Oczywiście granice dobrej zabawy wyznaczają rodzice i hierarchia stadna jest ustalona z góry i z tym się nie dyskutuje, ale system nagród trzeba zbudować zmyślnie, żeby nie przegiąć w żadną stronę.
Zacznijmy od nagród. Nie wolno młodego człowieka nagradzać za rzeczy zwykłe. Nie może być tak, że dzieciak idzie do szkoły nie przyniósł uwagi to spotyka go nagroda. Dzieciak posprzątał w swoim pokoju czy po sprzątał swoje zabawki – spotyka go nagroda. Dzieciak ma nie przynosić uwag i sprzątać w swoim pokoju i tyle. Ale dopuszczalnym jest taki model, że ok. nie przyniosłeś uwag przez miesiąc, czy sprzątał to pójdziemy do kina, czy do McDonalda. Trzeba w dziecku wyrobić znaczenie słowa Nagroda. Nagroda to coś takiego, co ma budzić dreszcz w lędźwiach i być NAGRODĄ po osiągnięciu celu, świętowaniem po robocie, a nie celem samym w sobie.
Rzecz druga. Dzieciaki najbardziej lubią nagrody niespodzianki. Taka nagroda z dnia na dzień rośnie w oczach dziecka do wielkości mitu. I dobrze jest ten mit na koniec nagradzanego okresu spełnić. Więc dobrze jest malca wziąć na kolana i pogadać z nim czego oczekuje. Ale nie na zasadzie – a powiedz mi co byś chciał dostać, raczej na zasadzie a jak myślisz co to może być za nagroda – Malec sam nam to powie.
Kara. Największą karą za to, że Młody coś zbabrał jest to, że nie dostał nagrody – o ile taka była przewidziana. No i musimy pamiętać o tym, żeby Młodego powiadomić o konsekwencjach ZANIM coś zbroi. Nie możemy kar wymyślać na poczekaniu. Czyli jak młody człowiek nie był powiadomiony o tym co go czeka jak coś zbabra, a zbabrał, to możemy jedynie zmyć mu głowę. Trudno nasz błąd. Jeśli zasądzimy mu karę o której nie wiedział wcześniej, to jest to po prostu nie fair. No i musimy być w tym konsekwentni.
Kara cielesna. Absolutnie bez sensu. Połączenie dupa-mózg jest niestety zbyt cienką infostradą, która tak naprawdę kończy się w miejscu bunt nie w miejscu myślenie.

Fakt 5. Doświadczenie jest najlepszą nauką

Pozwólmy swoim dzieciom doświadczać, bo to najlepsza nauka. Nie opowieść o doświadczeniu, a samo doświadczenie w sobie. Jeśli dziecko jest na tyle duże, żeby paluchów nie uciąć, dajmy mu do łapy chleb nóż i masło – niech zrobi sobie kanapkę, to będzie najlepsza kanapka pod słońcem. A zrobiona pod gołym niebem w towarzystwie mrówek – czad!. Nie chrońmy dzieci przed doświadczaniem świata, oczywiście zgodnie z wiekiem dziecka – nie ma nic lepszego niż doświadczanie pod okiem rodzica.


Podsumuję teraz krótko, co napisałem. Dziecko trzeba traktować jak partnera równego sobie, tyle, że odrobinę młodszego, którego zasób wiedzy i doświadczenia ma być odpowiedni do jego wieku i zgodny z naszymi oczekiwaniami. To nie jest nasza własność. Nie rzecz. To człowiek, tyle, że mały i nie wszystko rozumiejący w lot, ale myślący i czujący tak samo jak my. To istota, która wyrobi sobie swój własny system wartości. Jeśli nasz system wartości jest dobry to nasze dziecko będzie go wyznawać. Jeśli nie – to nie. Nie możemy młodego człowieka pozbawiać tego z czego sami cieszymy się najbardziej – czyli wolnego wyboru właśnie.
Pamiętajmy, że hodujemy nasze lustrzane odbicie. W końcu to nasz dziedzic, dziedziczka i większość naszych zachowań, model naszego życia, będzie wzięty za punkt odniesienia i powielony, albo zarzucony łącznie ze wszystkimi konsekwencjami.

@Thordis – moja rodzinna sytuacja rodzinna jest niemal identyczna z Twoją sprzed roku. Utrzymujemy z resztą rodziny iście sformalizowane stosunki i z roku na rok coraz bardziej sformalizowane i jest to związane z odmiennym stylem bycia i różnicach w wyznawanych poglądach. Młody za to nie ma poczucia, że w związku ze stylem bycia rodziców, czegoś mu brakuje. Staramy mu się zapewniać wolny wybór powiadamiając o konsekwencjach takiego wyboru. Pozwalamy mu doświadczać różnych rzeczy i wybierać własną drogę. Rozumie za to, że on ma inaczej – nie lepiej, nie gorzej nie wartościujemy tego w taki sposób – po prostu inaczej niż inne dzieci, co w dzisiejszym świecie jest normalne. Jeśli Młody człowiek rozumie, czemu tak jest jak jest – bo jest naszym partnerem, to nasz styl bycia przyjmuje za swój a tematy z gatunku „trudnych” wytłumaczyć jest duuuuużo łatwiej. Tak było np. z chrztem i pierwszą komunią. To on sam chciał być ochrzczony i pójść do komunii. Było to związane raczej z przedmiotem w szkole i prezentami po kościelnej szopce - ale to był jego wybór i ja to szanuję. Zachował się swoją szosą jak prawdziwy German z okresu chrystianizacji – wybierając to co dla niego w danej chwili było najsłuszniejsze i prezenty i swoje przekonania
@]:D
Stowarzyszenie Asatryjskie Midgard
http://midgard.org.pl
Avatar użytkownika
Gotthard
 
Posty: 154
Dołączył(a): środa, 30 maja 2012, 15:59
Lokalizacja: Warszawa

Następna strona

Powrót do Etyka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość